17 December 2010

Problemy taksonoma

Zapowiadałam, że wrzucę tutaj mój referat z naszej przewspaniałej Kołowej konferencji (www.racjonalnoscboga.pl), ale ów efekt trzygodzinnych zmagań intelektualnych spotkał się z na tyle dobrym odbiorem kilku osób, na których zdaniu mi zależy, że ostatecznie postanowiłam sobie machnąć jakiś publikowalny artykuł na ten temat (o Dawkinsie i antyteizmie). Stąd zastępczo – filozofia biologii. O tym, co poniżej, obiecywałam sobie napisać tekst od ponad dwóch lat – dzisiejsza notka jest dowodem na to, że moja wiara umarła.
Opowiem o problemach związanych z taksonomią (wyróżnianiem gatunków organizmów i ich klasyfikowaniem). Jednym z podstawowych problemów filozoficznych jest pytanie o sposób istnienia uniwersaliów. Zagadnienie ma swój odpowiednik w filozofii biologii. Trywializując, można spytać: świat składa się z rzeczy (organizmów) jednostkowych, dlaczego więc poznajemy poprzez rodzaje i gatunki?
Kwestia klasyfikacji we współczesnej biologii dla dyletanta wydaje się dość prosta: szukamy takiego systemu, który uwzględniając różnorodność organizmów (genealogię, wielkość zmiany ewolucyjnej, plan budowy ciała, zachowanie, sposób osiągania postaci dorosłej, budowę komórki itd.), bierze pod uwagę wygodę badacza, tzn. ułatwia dostęp do informacji i jest względnie stabilny. Tam, gdzie nie sięga metoda biologiczna, rozpoczyna się filozofia: czy podział na gatunki realnie tkwi w organizmach, czy jest jedynie wytworem biologa? A może istniał w zamyśle Bożym? Słowem: czy taksonomia jest twórcza, czy odtwórcza?
Arystoteles wyróżniał gatunki ze względu na istotę. Choć dziś biologia mówi, że każdy gatunek nieustannie się zmienia, ewoluuje i skazany jest na wyginięcie, to jednak spory o to, co wyróżnia nie tylko gatunki, ale też wyższe taksony, przypominają problemy, z jakimi borykali się filozofowie od Platona aż po dzień dzisiejszy. Przykładowo, rozważania, które z czynników biologicznych uznać za istotne przy podziale na gatunki i ich grupowaniu, o ile nie wynikają jedynie z postulowanego pragmatyzmu, wskazują na prezałożenie stanowiska zbliżonego do umiarkowanego realizmu. Można jako przykład podać różnice zdań między klasyfikacją ewolucyjną, która opiera się na kryterium genealogii i stopniu podobieństwa, fenetyką numeryczną, uwzględniającą tylko podobieństwo, oraz systemem kladystycznym.
Jeśli taksonom chce postawić na pierwszym miejscu kryterium praktyczności systemu, a założyć można, że nie ma złej woli (celowo nie uwzględniając tego, co naprawdę istotne), oznacza to, że nie wierzy w istnienie gatunków „realnie”; taksony mają być jedynie szufladkami umożliwiającymi zaprowadzenie porządku. To stanowisko przypomina nominalizm, lecz niewątpliwie bardzo stonowany: nie jest tożsame z radykalnym stwierdzeniem Roscelina, że istnieją tylko byty jednostkowe. Owe szufladki stworzone zostały przez taksonoma – umiarkowanego nominalistę, ale jedynie ostrość ich zarysu może być uznawana za sztuczny wytwór. Wszak trudno ująć w sztywne ramy cały ogrom zróżnicowania ożywionego świata, stąd postawienie praktyczności na miejscu pierwszym, a dopiero na kolejnych – realnych czynników biologicznych. Jako przykład klasyfikacji będącej jedynie metodą identyfikacji, która nie potrzebuje założenia realnego istnienia gatunków, można podać klasyfikację „z góry w dół” czy też klasyfikację celowo specyficzną.
Prócz umiarkowanych realistów i nominalistów zarysowuje się jeszcze jedno stanowisko. Zacznę od końca: spór kreacjonistów z ewolucjonistami powraca co jakiś czas nie tylko do świata nauki, ale i do medialnego półświatka. Biblia mówi, że Bóg stworzył świat, rośliny, zwierzęta, a w końcu – człowieka. Choć sprzeczność niektórych fragmentów Pisma z logiką a także zdrowym rozsądkiem nakazuje traktować biblijne wyjaśnienia pozornie związane z naukami przyrodniczymi jedynie metaforycznie, nie dla wszystkich jest to jasne. Podobnie dziś każdy biolog wie, że gatunki nie są czymś stałym – powstają i giną. Arystoteles wymieniał ponad pięćset istniejących na stałe gatunków, Linneusz – dziesięć tysięcy. Choć z łatwością uznamy te twierdzenia za fałszywe, to jednak trudniej jest wykazać wierzącemu filozofowi biologii sensowność poczynań chociażby Noego – skoro taksonomia odzwierciedla obecny, w miarę stabilny, ale niewątpliwie zmieniający się stan rzeczy, po cóż biedny patriarcha starał się uratować po parce z każdego gatunku, skoro i tak skazane były na wyginięcie? A co jeszcze ważniejsze: jakiego kryterium użył do ich odróżnienia? Wszak była to klasyfikacja Boska. Skoro Noe nie znał się na biologii, nie wiedział nic o ewolucji, za to miał pewność, że Bóg istnieje, to dla wierzących w Boga Starego Testamentu taksonomów oznacza, że gatunki muszą istnieć realnie, trwale i niezmiennie – przynajmniej w umyśle Bożym. Mogą wówczas ewoluować i zmieniać się, ale ich istota – pojęcie – już na zawsze istnieje, w Bogu jako niezmiennym. Bóg przyłożył istniejące w Jego umyśle nazwy do istniejących wówczas organizmów i pogrupował je tak, by Noe mógł uratować po parze z każdego zbioru. Słowem, z historii Noego dla wierzącego taksonoma wynika, że gatunki istnieją jako niezmienne pojęcia w umyśle Bożym. To stanowisko określimy mianem konceptualizmu.
W kwestii klasyfikacji biologicznej z pewnością kryje się wiele innych wartych poruszenia problemów filozoficznych, m.in. problem potocznej intuicji jako kryterium poznania: większość ludzi (nienaukowców) wciąż dzieli świat przyrody ożywionej na zwierzęta, rośliny i mikroorganizmy – i trudno ten podział po prostu zlekceważyć, jako z gruntu nieprawidłowy. (Przypomina się chociażby problem ukwiału, który powszechnie wciąż uznawany jest za roślinę – tymczasem w podręcznikach do pedagogiki umiejętność poprawnego odróżniania roślin od zwierząt zaliczana jest do fundamentalnych; należy ją nabyć przed szóstym rokiem życia). Inna kwestia: czy należy uwzględniać tradycję? A z drugiej strony, czy dostęp do informacji może być priorytetem w tworzeniu systemu – z jakiej racji? Czy taksonomia pozwala zrozumieć różnorodność biologiczną, czy też ją zubaża? Jeśli klasyfikujemy świat ożywiony, musi to wiązać się również z problemem granic życia. Ponadto czy kryteria zrozumienia świata i łatwego dostępu do informacji są kompatybilne? Aby mogły zgodnie współistnieć, konieczne jest, aby świat był nie tylko matematyzowalny (poznawalny, możliwy do uporządkowania przez poznający podmiot), ale wręcz matematyczny. Czy biologia dąży do nieosiągalnego ideału? Może ktoś podejmie któryś z tych problemów w kolejnej notce.
Opracowując, wykorzystałam:
  1. Fedorowicz Zygmunt, Zarys historii zoologii, Warszawa 1962.
  2. Margulis Lynn, Symbiotyczna planeta, Warszawa 2000.
  3. Mayr Ernst, To jest biologia, Warszawa 2002.
  4. Seńko Władysław, Jak rozumieć filozofię średniowieczną, Kęty 2001.
  5. Solomon–Berg–Martin–Villee, Biologia, Warszawa 1996.

10 December 2010

Ein paar Bildern (Gedanken) zur Philosophie der Politik






Vielen Dank für die Authoren: Klaus, Lukasz, Angela, Alex (Sascha).

08 October 2010

Gdzieś w okolicach Anzelma i dowodu ontologicznego

Wiem, że już kiedyś to wiedziałam, ale chwilowo znowu nie wiem. Zatem: dowód ontologiczny - fajna rzecz, prawda? Przypomnę - mamy to, ponad co nic większego nie można pomyśleć, a można pomyśleć coś większego od nieistniejącego, zatem Bóg istnieje (to najbardziej prymitywne i wulgarne streszczenie myśli Anzelma, jakie byłam w stanie sporządzić - i jestem z tego dumna :P). Ponieważ takie super-pojęcie i tak nam się w intelekcie nie mieści, stąd: tego, ponad co nic większego nie można pomyśleć, też zasadniczo nie można pomyśleć. Czyli: najlepsza rzecz, jaką możemy pomyśleć, a która nie jest Bogiem, też musi istnieć, bo jest to również to, ponad co nic większego nie można pomyśleć (bo tego większego nie można pomyśleć) - i stosujemy to samo rozumowanie, co na początku, z lepszym istniejącym niż nieistniejącym. A o tym właściwym tym, ponad co nic większego nie można pomyśleć, miałby pojęcie w zasadzie tylko Bóg - tylko on by wiedział, że istnieje i co to tak naprawdę oznacza. Zerknijmy teraz do umysłu głupiego z psalmu 13, czyli ateisty - on nie dysponuje pojęciem Boga, tylko co najwyżej nazwą. Wystarczająco dobre pojęcie Boga powoduje, że jego istnienie staje się niezaprzeczalną samooczywistością. W każdym razie, co się dzieje: najlepsza z rzeczy, które ateista sobie myśli, jest tym, ponad co nic większego nie może pomyśleć - czyli jest to np. choćby Gaunilonowa "wyspa szczęśliwa". I teraz jeśli pójdziemy ontologicznym nurtem intepretacji dowodu: to coś nie może nie istnieć, logicznym: ateista nie może myśleć o tym czymś jako nieistniejącym. Jeśli uznajemy, że nasze pojęcie Boga i tak nie jest właściwym pojęciem Boga - i do dowodu ontologicznego zadowalamy się tym, co mamy - w czym jest lepsza nasza skończoność od tej skończoności ateisty? W czym jest bliższa nieskończoności? Jeśli odczuwam pragnienie wody, to nie ugasi go ani dobra książka, ani jazda na rowerze. Odpowiedzią na pragnienie tego, co nieskończone (pragnienie w dowodzie jest czymś na kształt metody poznania Boga, jak mi się wydaje i o czym sobie właśnie piszę tekścik) może być zatem zarówno doskonała wyspa ateisty jak i to pojęcie Boga, którym dysponuje wierzący - równie nonsensowną odpowiedzią, oczywiście.
Inna sprawa: czy z Bogiem czasem nie jest właśnie tak, że można go poznawać niezależnie od tego, czy istnieje? Jeśli postulujemy Boga, bo to jest nam potrzebne do czegośtam - do domknięcia systemu, powiedzmy - to mówimy: jeśli istnieje to jest taki a taki. Z odwrotnej strony: pragnę nieskończoności, nie mogę zaspokoić jej tym i owym, i mówię: Nieskończony musi być czymś Innym - albo moje pragnienie jest najzwyczajniej niezaspokajalne. I tego się z Anzelmem i jemu podobnym pogodzić nie da.
Chyba bełkoczę nieco. Ale co tam. Jeszcze tylko jedna uwaga na marginesie, ugryzając dowód od tyłu (żeby nie rzec: Anzelma): Bóg jest tym, o czym nie można myśleć jako nieistniejącym. Teraz dokonuję przeglądu pojęć w poszukiwaniu takiego czegoś. No i oczywiście mam tylko jedno takie pojęcie: siebie (mnie, jaźń). Bynajmniej nie Boga (już nie wspomnę o osobowym Bogu religii, którego wszak miał Anzelm ostatecznie na myśli).

06 October 2010

Pytanie o "walkę z dopalaczami"

Zaczęło się bodaj w Częstochowie kilka tygodni temu, gdy okazało się, że lekarze jednego ze szpitalnych oddziałów ratunkowych nie zawiadomili Policji o tym, że na izbę przyjęć trafiło dwóch nastolatków zatrutych "dopalaczami". Lekarze nie widzieli problemu: "To przecież legalnie sprzedawany towar" - uzasadniali [zobacz cały artykuł tutaj]. No i rozpętało się piekło. Najistotniejszym problemem społecznym w Polsce stała się "sprawa dopalaczy".

Nasuwa się w związku z tym wiele interesujących pytań, z konieczności więc można tutaj pobieżnie rozważyć tylko niektóre z nich. A dokładnie jedno: Jakie jest uzasadnienie prowadzonej obecnie "walki z dopalaczami"?

Czy jest to walka ze zjawiskiem społecznym (swoją drogą marginalnym) polegającym na korzystaniu z tej formy "pobudzenia"? Oczywiście, że nie - wtenczas bowiem nie należałoby ścigać "króla dopalaczy", tak jak nie ściga się producentów tak samo legalnego alkoholu, lecz przemawiać do grona użytkowników tego typu środków.

Jest możliwa do przyjęcia druga opcja: walka z samym "królem dopalaczy". W pewnym sensie (a może nawet we właściwym sensie) demokracja zdaje tutaj egzamin: każda forma monopolu jest czymś niepożądanym. Obecnie nie toczy się więc żadna "walka z dopalaczami", lecz walka z monopolem na rynku "dopalaczy".

Kto zazdrości majątku "królowi dopalaczy"?

29 September 2010

Słów kilka o muzyce (cz. 3)

W naszej ludzkiej społeczności da się zaobserwować interesujące zjawisko, polegające na nieumiejętności oddzielenia tego, co pod pewnym względem ogólne i abstrakcyjne, od przyziemnego konkretu - tego, co wręcz wulgarnie namacalne. Na przykład: formułujemy jakąś myśl, albo uzasadniamy jakiś pogląd, co stanowi samo w sobie czystą gierkę intelektualną, bez potrójnych den czy ukrytych zamiarów. Ale nie: człowiek myślący "konkretami" uzna nasze abstrakcyjne dywagacje przede wszystkim za NASZE, tak jakbyśmy trzymali już oburącz kij baseballowy i gotowali się do uderzenia. Dobry polityk nie mówi za siebie, z czego wynika niejednokrotnie wielkie zdziwienie wśród osób, które osobiście poznają jakiegoś polityka w "codziennych" okolicznościach. Tutaj także liczy się myśl, idea, dla której człowiek jest tylko w pewnym sensie medium (np. szeregowy polityk jest medium dla partii). Nasze internetowe pogawędki o feminizmie, indukcji i seksie także "żyją własnym życiem" i uniezależniły się już od swoich stwórców. Tendencja, o której mówię, jest w przypadku naszego bloga nieodpartą pokusą konfrontowania tekstu z informacją o jego AUTORZE.

Egzemplifikacją wymienionego zjawiska na polu twórczości muzycznej jest skupienie uwagi na osobie "gwiazdy" - "szołmena", wykonawcy - z jednoczesnym zarzuceniem przedmiotu jego działalności - muzyki. Na marginesie można dodać, że w tym prawdopodobnie tkwi sens potocznego określenia "Gwiazda" - ta/ten, która/y świeci, błyszczy, na którą/którego wszyscy kierują swoją uwagę. W tym wypadku ważna jest konkretna gwiazda, a nie subtelna czynność każdej z nich - świecenie. Liczy się podskakujący szołmen, nie zaś utwór, tekst piosenki, talent wokalny. W naturalny sposób współbrzmi to ze specyfiką naszych informatycznych czasów. Interesuje nas to, jak gwiazda wygląda, w co się ubiera, z kim sypia, co jada, w jakim rejonie świata spędza wakacje, itd. Chcąc nie chcąc muzyka jest na wiele sposobów zasłonięta: scenerią koncertu, postacią wykonawcy, teledyskiem. Chyba nie bez racji dawno temu Heraklit nazwał oczy "dokładniejszymi świadkami" niż uszy. Włączam piosenkę na youtubie i przecież nie odwrócę się na krześle, nie zgaszę monitora: dzisiaj piosenek się nie słucha, lecz się je ogląda.

Dobry "szołmen" (czytaj: dobry strateg) oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że "muzyczny szoł" (cywilizowana namiastka orgii) zaspokaja stadne potrzeby człowieka, a ponieważ lepiej jest dla niego mieć na koncercie tłum ludzi niż garstkę melomanów, musi sprostać "wygórowanym" wymaganiom tłumu. Naturalną więc rzeczą będzie dążenie do zaspokojenia potrzeb tłumu: nagość (por. odzienie niektórych żeńskich Gwiazd z rodzimego podwórka), hałas, alkohol, rzesza ludzi "umiejących się dobrze bawić", do czego plenerowy koncert jest doskonałą okazją. Muzyka tutaj oczywiście się nie liczy, to znaczy uwzględniając żelazne prawa popytu przestaje się liczyć dla tego artysty, który umie liczyć.

Tymczasem sama muzyka jest już wszystkim. W omawianym kontekście muzyka jest tym, co ogólne, abstrakcyjne, co mówi samo za siebie bez udziału wielobarwnej otoczki. Gdy rozsypie się "szoł" - co pozostanie? To odróżnia muzyka od "szołmena", że pierwszy pragnie służyć muzyce, drugi chce mieć na usługach pozory muzyki.

Pozostaje tylko pytanie: co wolimy? Śmiertelny konkret czy muzykę?

16 September 2010

Philosophische Werkstatt/ Warsztat filozoficzny (1)



Während des Theodor-Heuss-Kolleg-Seminars im Sommer 2010 fand eine kleine internationalle philosophische Werkstatt statt. Die erste Frage war: wie siehst du die Relation zwischen Philosophie, Ethik, Moralität und die Tat? Welches theoretisches Modell kannst du vorschlagen?

Podczas seminarium Theodor Heuss Kolleg latem 2010 odbył się malutki międzynarodowy warsztat filozoficzny. Pierwsze pytanie brzmiało: jak widzisz relacje pomiędzy filozofią, etyką, moralnością i czynem? Jaki model teoretyczny mógłbyś/mogłabyś zaproponować?

Vielen Dank für die Authoren/ Podziękowania dla Autorów: Nurshod, Klaus, Edona, Alex (Sascha), Katie.

06 September 2010

Słów kilka o muzyce (cz. 2)

Posłuchajmy następującej wypowiedzi A. Darskiego (pseudonimem artystyczny "Nergal"):

Gram na gitarze i śpiewam intuicyjnie. Nut uczyłem się kilka razy w swoim życiu, ale mój mózg wypiera tę wiedzę (śmiech). Jestem muzycznym analfabetą, ale mam ten luksus, że w muzyce rockowej komponowanie nie polega na zapisywaniu nut i idealnym ich odgrywaniu. Gram emocjami, sercem, wyobraźnią. [wywiad dla G.W., dostępny tutaj]
A. Darski przyznaje, że jest muzycznym "analfabetą". Czyżby oznaczalo to, że twórczość Nergala nie ma nic wspólnego z muzyką? Bynajmniej. Analfabetą (αναλφαβετος) nazywamy człowieka dosł. "nie znającego liter", a zatem określenie "muzyczny" w wypowiedzi A. Darskiego wskazuje na nieumiejetność czytania nut, co wynika zresztą z kolejnego zdania: w muzyce rockowej komponowanie nie polega na zapisywaniu nut i idealnym ich odgrywaniu. Zapis nutowy - mimo że może ujawnić się w nim muzyka - jest rzeczą wtórną i nieistotną dla prawomocności odniesienia do samej muzyki. Obcowanie z muzyką nie wymaga posiadania umiejetności czytania nut, nie każdy utwór muzyczny musi być zapisany w takiej postaci - podobnie jak analfabetyzm nie oznacza braku zdolności posługiwania się językiem.

Na czym - zdaniem Nergala - polega fenomen jego muzyki rockowej? Mówi on w ostatnim zdaniu z zacytowanej wypowiedzi: Gram emocjami, sercem, wyobraźnią. Zauważmy, że informacja ta została zestawiona ze stwierdzeniem o braku stosowania notacji nutowej, jak gdyby zapisywanie nut i "idealne ich odgrywanie" było w opinii A. Darskiego czymś przeciwstawnym do odgrywania muzyki emocjami, sercem, wyobraźnią. Trudno się z tym zgodzić. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że Mozart w równej mierze co Nergal "grał" emocjami, sercem, wyobraźnią. Nie jest to zatem nic specyficznego dla muzyki rockowej.

Stwierdzenie A. Darskiego: Gram emocjami, sercem, wyobraźnią można przeczytać nieco inaczej. Jeżeli termin "granie" oznacza czynność polegającą na uzewnętrznianiu muzyki poprzez twórczość artystyczną (instrumentalno-wokalną), to aby muzykę rockową można było jeszcze nazywać "muzyką", należy wskazać, które słowa z wypowiedzi A. Darskiego zawierają sens pojęcia "muzyka"? Wydaje się, że są to słowa: emocjami, sercem, wyobraźnią. Muzyka sytuuje się "gdzieś" pomiędzy emocją, uczuciem z jakim podchodzimy do tego, co wydarza się jako utwór instrumentalny, wyobraźnią. W tym ujęciu jest zrozumiałe, dlaczego wiele osób "nie rozumie", "nie czuje", "nie słyszy" danego wykonania (gatunku "muzycznego"). Koresponduje to z wcześniejszą analizą [zobacz tutaj] dotyczącą sentencji Amiela o tym, że "krajobraz jest stanem ducha".

03 September 2010

metodolog Pierre Duhem

Mówiąc o metodologii, zazwyczaj odnosimy się do współczesnego rozumienia tego terminu. Przyjmujemy – mniej lub bardziej zgodnie – za przedmiot jej dociekań sposoby uzasadniania zdań uznawanych za naukowe, specyfikację pojęć przez naukę przyjętych (np. hipoteza, teoria, prawo) czy szeroko rozumianą ocenę zastosowanych metod badawczych[1], ale też i pytania o samą strukturę nauki wraz z jej statusem poznawczym. Prócz metodologii ogólnej, mamy do czynienia z metodologią szczegółową, uprawianą w obrębie danej nauki szczegółowej, czyli np. metodologią fizyki, chemii, astronomii, która dyskutuje zagadnienia przyjętych definicji, wyboru konkretnych metod, sformułowań teorii itp. na swoim gruncie.

15 August 2010

metapost czyli Graff na bis (polemicznie)

w odniesieniu do: kilka slow o kobiecości, osobiście

Wszystko zaczęło się od pewnego wywiadu*, gdzie Agnieszka Graff operuje sformułowaniami: "odcieleśniony umysł" oraz "ciało do spożycia". Po lekturze posta (nie wywiadu) zgodziłam się zarówno z jego Autorką jak i komentatorem, ze jest to ujęcie w bardzo kartezjańskim stylu, jedynie siekiera została dodatkowo naostrzona feminizmem...
Czy byłoby ono jednak aż tak fatalne?

W pierwszym odruchu zapragnęłam obronić samego Kartezjusza, gdyż to jego cogito dało perspektywę dla mówienia: ja - mens, ja - człowiek wątpiący i sądzący, myślący racjonalnie. Bez względu na to, jak w historii filozofii niewygodny stał się dualizm res cogitans i res extensa, to jednak sama możliwość takiego przedstawienia -odcieleśnionego umysłu - otworzyła drogę dyskursowi o wartościach uniwersalnych, porzucając już na poziomie założeń ograniczenia płynące z istoty cielesności.
Stąd tez i moja weekendowa przygoda sentymentalna z Rene Descartes, jego Rozprawą o metodzie i Medytacjami o pierwszej filozofii (post poniżej).

14 August 2010

osierocona myśl kartezjańska (dialektycznie)

w odniesieniu do: kilka slow o kobiecości

Teza: traktowanie człowieka w kategorii "odcieleśnionego umysłu" oraz "ciała do spożycia" jest sprzecznym z rzeczywistością intelektualnym pokłosiem kartezjańskiego podziału na res cogitans oraz res extensa.

Antyteza: postrzeganie człowieka jako substancji myślącej - przez pryzmat sławnego cogito ergo sum - otwiera drogę dyskusji o ludzkiej godności jako wartości uniwersalnej; daje podwaliny koncepcji indywidualnej wolności oraz odpowiedzialności fundowanej na zdolności do (racjonalnego) myślenia.

27 July 2010

Słów kilka o muzyce (cz. 1)

Tym razem nie będzie o męskości i gwałtach. Proponuję temat, który może poruszyć (zbulwersować, rozśmieszyć - wszystko jedno) szersze grono Internautów.

Muzyka. Każdy niby orientuje się, o czym jest mowa, a jednak...

Na dobry początek pewne uwagi natury terminologicznej.

Należy odróżnić gatunek muzyczny od rodzaju hałasu. Nietrudno wskazać egzemplifikacje tej ostatniej kategorii. Jeżeli wiecie, czym jest młockarnia i jaki dźwięk emituje, odpowiedź stanie się jasna.

Należałoby również zróżniczkować czynność słuchania (percepcję fal dźwiękowych) od słuchania muzyki. W zasadzie muzyka nie wymaga słyszenia dźwięków. Słuchać muzykę to iść krakowskimi plantami na zajęcia i odtwarzać w umyśle Concerto Gregoriano Finale czy wyrafinowane kawałki J.S. Bacha. Rzecz jasna nie jest do tego potrzebna żadna empetrójka. (Jak coś mnie kiedyś przejedzie, będziecie znali prawdopodobną przyczynę.) Jest również możliwa sytuacja odwrotna - wyraźny i rejestrowalny przekaz dźwiękowy, połączony z brakiem odczytania przez jego odbiorcę przekazu muzycznego.

W pewnym sensie zapis nutowy utworu już jest muzyką. Witruoz patrzy na taką kartkę i już słyszy, jak to zabrzmi.

Oczywiście, nikt nie twierdzi, że muzyka jest lepsza od hałasu. Co jest lepsze a co gorsze to kwestia indywidualnych preferencji, o tych zaś nie rozmawia się wśród dżentelmenów ;)

***
Może uda się kontynuować ten cykl rozważań - do czego zachęcam - stąd w tytule umieściłem oznaczenie "cz. 1". Dla względnego uporządkowania bloga ewentualne posty "c.d." można oznaczać tą samą nazwą oraz kolejnymi numerami.

17 July 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 4)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
http://www.rbb-online.de/zurperson/interview_archiv/arendt_hannah.html
Tłumaczenie własne.

...
GG: Proszę opowiedzieć.

HA: I tak miałam zamiar wyemigrować. Od razu byłam zdania: Żydzi nie mogą zostać. Nigdy nie było moją intencją, błąkać się po Niemczech jako tzw. obywatel drugiej kategorii, bez względu na formę. Poza tym uważałam, że sprawy będą miały się gorzej. Mimo wszystko też, ostatecznie nie opuściłam kraju w całkowicie pokojowy sposób. I muszę powiedzieć, że czułam z tego powodu ulgę. Zostałam aresztowana, musiałam nielegalnie przekroczyć granicę - opowiem Panu o tym zaraz - ale poczułam satysfakcję. Myślałam, że przynajmniej cokolwiek zrobiłam! Przynajmniej nie pozostałam niewinna. O to nie powinien mnie nikt pomówić.
Okazję w tamtym czasie dała mi Organizacja Syjonistyczna. Byłam zaprzyjaźniona z paroma osobami, które ją prowadziły, przede wszystkim z jej ówczesnym prezydentem, Kurtem Blumenfeldem. Sama nie byłam jednak Syjonistką. Nie próbowano mnie też nią uczynić. Jednakże zawsze pozostawałam w pewnym sensie pod wpływem Syjonizmu; głównie w kwestii krytyki, samokrytyki, którą Syjoniści rozwijali wśród narodu żydowskiego. Pozostawałam pod takim wpływem, pod wrażeniem, ale politycznie nie miałam nic wspólnego. Raz, w 33, Blumenfeld i jeszcze jeden, którego Pan nie zna, wyszli z propozycj
ą i powiedzieli: chcemy stworzyć zbiór wszystkich antysemickich wypowiedzi na niższych szczeblach. Zebrać wypowiedzi płynące ze stowarzyszeń: różnych rodzajów organizacji zawodowych, wszystkich możliwych fachowych czasopism, w skrócie: wszystko to, co nie jest znane zagranicą. Taki zbiór przedstawić później jako tzw. okropną propagandę ("Greuelpropaganda") - jak zwykło się to nazywać.
Nie mógł tego zrobić nikt, kto był zaangażowany w Organizacj
ę Syjonistyczną. Bo gdyby wpadł, wpadłaby cała organizacja.

GG: Naturalnie.

HA: To jasne. Zapytał mnie: "chcesz to zrobić?" Odpowiedziałam: "oczywiście". Byłam bardzo zadowolona. Po pierwsze wydawało mi się to sensowne, po drugie miałam poczucie, że jednak można coś jeszcze zdziałać.

GG: To w związku z tym została Pani aresztowana?

HA: Tak. Tak zostałam złapana. Miałam dużo szczęścia. Wyszłam po ośmiu dniach, ponieważ urzędnik, który mnie przesłuchiwał był moim przyjacielem. To był uroczy mężczyzna. Był pierwotnie w policji kryminalnej i awansował do wydziału politycznego. Nie miał o niczym pojęcia. Co on tam powinien? Zawsze mi powtarzał: "zazwyczaj sadzają kogoś naprzeciwko, a ja tylko na niego popatrzę i już wiem, jak to jest. Ale co mam zrobić z Panią?"

GG: To było w Berlinie?

HA: To było w Berlinie. Musiałam niestety okłamać tego mężczyznę. Nie mogłam wydać Organizacji. Opowiadała mu historie pełne fantazji, a on zawsze powtarzał: "ja tu Panią przyprowadziłem, ja Panią stąd wyciągnę. Niech Pani nie bierze prawnika! Żydzi nie mają teraz pieniędzy! Proszę oszczędzać!" W międzyczasie Organizacja załatwiła mi prawnika. Oczywiscie poprzez swoich członków. Odesłałam go, ponieważ mężczyzna, który mnie aresztował, miał taką otwartą, przyzwoitą twarz. Zdałam się na niego i pomyślałam, ze to lepsze wyjście niż jakikolwiek prawnik, który sam się boi.

GG: Wyszła Pani i mogła opuścić Niemcy?

HA: Wyszłam, lecz musiałam uciekać przez zieloną granicę , gdyż sprawy oczywiście rozwijały się dalej.

...

16 July 2010

kilka słów o kobiecości

1) Poczytuję sobie taki wywiadzik z "Wysokich obcasów.."*** i zastanowiło mnie jedno zdanie: "[Agnieszka Graff:] (...) gapienie się w dekolt jest częścią rozmowy. Ma sprowadzić kobietę na jej miejsce. Intelekt intelektem, ale jesteś ciałem do spożycia". I teraz prosta sprawa: dlaczego redukowanie kobiety do jej ciała jest uprzedmiotawianiem, a traktowanie jej jako "odcieleśniony umysł" (określenie A. Graff) jest ok? W zasadzie odbiór komplementu zależy od tego, kto się z czym utożsamia. A to kwestia gustu. Po co wartościować?


2) Cytuję: "(...) piszesz z oburzeniem, że członek komisji podszedł do ciebie i powiedział: 'Ale pani ślicznie wygląda, Agnieszko'. [Agnieszka Graff:] To był wyraz lekceważenia dla mnie jako odcieleśnionego umysłu. (...) w świecie patriarchalnego uniwersytetu myślą tak: 'Doktorat doktoratem, no ale ładnie wyglądasz (...)'". A gdyby tak się obrażać za komplementowanie kobiecej inteligencji? Bo to odwracanie uwagi od atrakcyjności, bądź co bądź. I uprzedmiotawianie kobiet - sprowadzanie ich jedynie do roli autorek tekstów/partnerek dyskusji. Nie każda musi sobie tego życzyć. W czym jest lepsze narzucanie takiego wzorca kobiecości od promowania tego kojarzonego z tzw. tradycyjnym modelem rodziny?


3) Jeśli każde wyjaśnienie ma swój kres, jeśli ostatecznie odwołujemy się do czegoś nieudowodnionego, jeśli uznanie prawdziwości zawsze na którymś etapie zawiera jako decydujący czynnik poczucie bycia przekonanym - to dlaczego atrakcyjność fizyczna nie miałaby stanowić jednego z argumentów? Nawet podczas najbardziej "intelektualnej" (?!) rozmowy nie jesteśmy mózgami w naczyniu. Liczy się dobór słów, ton głosu, gestykulacja, mimika itd.


4) Jednak z drugiej strony mamy zakorzeniony w języku: "męski umysł" (jako rzekomy komplement dla kobiety), "myśleć jak baba" (albo prowadzić), "śliczny jak dziewczynka" itd. Postulat traktowania rozmówczyni jako "odcieleśnionego umysłu" zapewne jest w dużej mierze jakąś reakcją na to i przeciwwagą.


(Ponumerowałam, bo nie chciało mi się porządkować myśli w tradycyjny sposób).




PS Blog ledwo wystartował, a już się nikomu nie chce pisać? :P

11 June 2010

Problem moralnej odpowiedzialności za gwałt

Ciekawa rzecz, że to, co miało się stać przestrzenią swobodnego wyrażania niedoprecyzowanych myśli (może zostało to ujęte inaczej, ale bądźmy szczerzy – myśli doprecyzowane spisuje się i publikuje, a nie rzuca na bloga) jak dotychczas było od tego jak najdalsze – nie zauważyłam żadnych głupich idei (ja np. ostatnio odkryłam kantowski charakter dowodu ontologicznego Anzelma) czy kontrowersyjnych tez (legalizacja twardych narkotyków, penalizacja zabijania komarów i prawo wyborcze dla szympansów; podpisuję się pod dwoma z tych trzech, którymi – nie powiem :P). Dzisiejsza notka obniży nieco dotychczasowe loty – poruszony zostanie problem z etyki seksualnej. Właściwe sformułowanie zagadnienia powinno brzmieć: „Problem moralnej odpowiedzialności za gwałt mężczyzny na kobiecie” – tylko ten aspekt zagadnienia będzie mnie tutaj interesował. Gwałty popełniane przez kobiety są zjawiskiem marginalnym, które można pominąć (1000:1), lub przynajmniej minimalnie odnotowywanym – z różnych przyczyn; natomiast rzeczywiście nie podejmuję tutaj w ogóle kwestii mężczyzn gwałcących innych mężczyzn, wydaje się, że bez szkody dla całości rozumowania.


Pomysł na marcowy referat pojawił się na długo przed konferencją, nim jeszcze zdążyłam się zapoznać z literaturą na ten temat. Mianowicie jechałam pewnego dnia autobusem – komunikacją miejską – gdzie kilku młodych chłopców (najstarszy mógł mieć może 16 lat) opowiadało historię mężczyzny, który podczas sprzeczki ze swoją kobietą złamał jej nos. Razem udali się na pogotowie, a gdy sanitariusze wyszli z sali, po powrocie zastali parę w sytuacji erotycznej – kobieta, z tym świeżo złamanym nosem, wykonywała swojemu oprawcy fellatio. Ile w tym było bajki, ile prawdy, to nie ma w tym momencie znaczenia. Faktem jest, że chłopcy opowiadali tę historię w charakterze zabawnej anegdotki, z niekłamanym podziwem; a cały autobus przysłuchiwał się i – milczał. Nikt nie zareagował. Dlaczego nie protestowały kobiety, nietrudno się domyślić – jakie są powody tego, że żadna z nich (łącznie ze mną) nie przeciwstawiła się grupie w pełni rozwiniętych fizycznie nastolatków, którzy otwarcie pochwalali przemoc – zwłaszcza tę seksualną – wobec kobiet. Co jednak z obecnymi na miejscu wydarzenia mężczyznami? Czego oni się obawiali i dlaczego nie zareagowali? To oczywiście tylko jedna z wielu podobnych sytuacji, których każdy z nas bywał świadkiem. Przytaczam ją na wstępie nie bez powodu – tekst, który stanowi punkt wyjścia niniejszych rozważań, jest napisany przez autorów zamieszkałych w USA i na badaniach tamtejszego społeczeństwa oparty (atoli nie ulega wątpliwości, że problem przemocy seksualnej nie jest obcy naszemu społeczeństwu). Tytuł artykułu autorstwa Larry’ego Maya i Roberta Strikwerda brzmi: „Mężczyźni w grupach. Zbiorowa odpowiedzialność za gwałt”. Jeden z autorów wspomina, że gdy był nastolatkiem, w jego grupie rówieśniczej nieustannie rozmawiano o seksie. Odczuwano lęk przed kobiecą seksualnością, rekompensowany przechwałkami na temat rzekomych podbojów i wykrzykiwaniem propozycji seksualnych do przypadkowych kobiet na ulicy. Z biegiem czasu rozmowy coraz częściej schodziły na temat wymuszanego seksu grupowego – a więc zbiorowego gwałtu. Dopiero w dorosłym wieku przypomnienie sobie owych wydarzeń skłoniło autora do refleksji nad współodpowiedzialnością za gwałty popełniane przez innych mężczyzn – np. za domniemane czyny jego dawnych kolegów. Rzecz jasna nie wszyscy chłopcy w wieku dojrzewania fantazjują na temat wymuszanego seksu grupowego (a przynajmniej należy mieć taką nadzieję) – za to istotna jest tu sugestia możliwości ponoszenia częściowej lub całkowitej odpowiedzialności za cudze przestępstwa seksualne. Raz postawiona, rodzi dalsze pytania. Skoro możliwe, że nie tylko gwałciciel jest odpowiedzialny, to czy jego wina umniejsza się w wyniku współodpowiedzialności innych osób? Czy gwałt wojenny może podpadać pod kategorię zbrodni wojennej? Albo czy kobiety – nie te gwałcone, ale po prostu uczestniczki kultury – również mogą być odpowiedzialne za popełniane gwałty…? (Np. promując stereotyp dziewczynki-ofiary, która nawet nie umie matematyki). To tylko kilka przykładowych z rodzących się problemów, wciąż otwartych.


Ogólna teza artykułu, do którego się odwołuję, brzmi: jeśli w obrębie danej społeczności mężczyźni przyczyniają się do rozpowszechniania gwałtu, to są za niego współodpowiedzialni. Twierdzenie wydawałoby się trywialne, ale jego naturalne konsekwencje budzą spore kontrowersje. Chociażby: czy ze względu na ową współodpowiedzialność za przestępstwo seksualne wszyscy mężczyźni powinni ponosić prawne konsekwencje czynów gwałcicieli? I jeszcze jedno: czy samo milczenie w tej sprawie, np. zaniechanie wystosowania odpowiednich wskazówek wobec dzieci dorastających w ramach pewnej kultury gwałtu – czy to już wystarczy do uznania owej winy? Autorzy twierdzą, że nie tylko czynne wspieranie pozytywnego wizerunku gwałciciela czyni współodpowiedzialnym – każdy mężczyzna żyjący w określonej społeczności winien czynnie przeciwstawić się promowaniu pewnych modeli przemocy seksualnej. Gwałt jest zbrodnią uderzającą w ogół kobiet w danej społeczności [bo wszystkie kobiety nie mogą czuć się bezpiecznie] popełnianą przez mężczyzn jako grupę – tak brzmi właściwa myśl owych filozofów. Pytanie, na ile można ją odnieść do innych przestępstw, wychodzi poza zakres niniejszych rozważań. Teraz nastąpi krótkie streszczenie argumentacji Roberta Strikwerda i Larry’ego Maya. W dalszej części pracy przejdę do przedstawienia wybranych zarzutów wobec tezy o współodpowiedzialności wszystkich mężczyzn za popełniane gwałty. Na koniec spróbuję przedstawić alternatywne, poniekąd kompromisowe rozwiązanie problemu.


Podstawowe pytanie brzmi: kiedy moglibyśmy powiedzieć, że odpowiedzialny jest tylko gwałciciel? Wydaje się, że wówczas, gdy jego zachowanie byłoby niezależne od uwarunkowań społecznych. Moglibyśmy nie tyle udowodnić, co raczej poprzeć tę tezę, wskazując na jakieś radykalnie złe skłonności; na odmienność, demoniczność gwałciciela; gdybyśmy mogli wskazać, że bodźce stymulujące dorosłych mężczyzn do popełniania gwałtów nie mają istotnego wpływu na podejmowane przez nich decyzje lub – także na gruncie nauk empirycznych – wykazując, że wszyscy gwałciciele to urodzeni psychopaci (Knight (1997) zauważył, że wszystkich gwałcicieli cechują: promiskuityzm, wrogie męskie zachowania oraz zdystansowana emocjonalnie osobowość drapieżcy – to tzw. osobowość typowa dla psychopaty). Badania nad zdrowiem psychicznym gwałcicieli jedynie marginalnie zajmują uwagę autorów artykułu – skupiają się oni na negatywnej ocenie mężczyzn, którzy „przymykają oko” na niewłaściwe zachowania seksualne osób płci męskiej w stosunku do kobiet. Sugerują, że mężczyźni są bardziej skłonni do gwałtu, gdy znajdują się w grupie (przykłady gwałtów wojennych). Ponadto mężczyzn ośmiela do gwałtu proces ich socjalizacji jako mężczyzn – gdy kształtuje się negatywne postawy wobec kobiet. Autorzy sugerują, jakoby nawet owe gwałty wojenne, poprzez te popełniane w parkach, klubach, na randkach i w łożach małżeńskich – jakoby wszystkie miały swoje źródło jeszcze w dzieciństwie; choć wybryki dziewcząt były rzadziej karane, to jednak winę chłopców – którzy ponosili konsekwencje swoich czynów – łatwiej wybaczano i kwitowano krótkim: „boys will always be boys”. Chłopców w ten sposób uczy się, że łamanie konwenansów jest w porządku i niemalże się tego po nich oczekuje (przykłady wyśmiewania – nawet przez rodziców – „za grzecznych” chłopców, „maminsynków”, „mazgajów” itd.). Inna znana wszystkim sytuacja: dziewczynkom kupuje się zabawkowe pralki i kuchenki z plastiku, chłopcom np. lalki-wojowników, sugerujące wzorzec męskości pełnej przemocy.


Na naszym, polskim gruncie warto przypomnieć sprawę 14-letniej Ani z Gdańska, obezwładnionej przez pięciu kolegów. W obecności dzieci, w klasie szkolnej, została rozebrana, a następnie zasymulowano jej zgwałcenie – w wyniku tych przeżyć dziewczynka powiesiła się. Tymczasem rodzice nastoletnich dręczycieli, miast jednoznacznie potępić zachowanie swoich synów, próbowali ich usprawiedliwiać, m.in. nazywając całe zajście „dziecinnym żartem” tudzież sugerując, że incydent został sprowokowany przez ofiarę. Z wypowiedzi uczniów: „Kolesie chcieli się popisać przed pozostałymi. To niezła beka tak obmacać dziewczynę. (…) Wszyscy się nabijali, nikt nie sądził, że laska tego nie wytrzyma” (źródło: GW).


Wracając do głównego toku naszych rozważań, zastanówmy się: czy gwałt może być tylko biologiczną odpowiedzią na bodziec, co zwalniałoby z winy gwałciciela? Niektórzy twierdzą, że ponieważ możliwe skutki współżycia są o wiele poważniejsze dla kobiety (9 miesięcy ciąży wobec niewielkiego wysiłku energetycznego partnera), stąd mężczyźni ewolucyjnie przystosowani są do przemocy, by móc uzyskać „szybki dostęp do kobiety” – w końcu swoje geny przekażą najsilniejsi. W odpowiedzi wskazuje się na marginalną ilość mężczyzn stosujących przemoc seksualną wobec kobiet w stosunku do mężczyzn w ogóle, a także na społeczeństwa zupełnie od gwałtu wolne (a więc nie jest to proste uwarunkowanie biologiczne – nawet jeśli jest faktem, to można nad nim zapanować). Wyraźnie jest tu założenie, jakoby gwałciciel był – potocznie mówiąc – normalny, gwałcicielem mógł zostać dowolny osobnik płci męskiej. Gdy May i Strikwerda piszą, że wszak ostatecznie nie każdy mężczyzna jest gwałcicielem, odpierają jedynie powszechność ewolucyjnych uwarunkowań osób płci męskiej do agresji i przemocy wobec kobiet. Nie rozważają natomiast możliwości, jakoby gwałcicielami byli jedynie psychopaci niezdolni do postawienia veta swym popędom (pragnieniom) – a więc faktycznie wolni od odpowiedzialności, mimo wewnętrznego zła samego czynu. Owi filozofowie odrzucają tę możliwość, powołując się na fakt gwałtów wojennych – sytuacji, kiedy gwałt staje się zjawiskiem powszechnym i nie uzależnionym np. od statusu społecznego, zdrowia psychicznego, wieku gwałciciela – jedynym działającym czynnikiem staje się negatywny obraz męskości, spotęgowany przez wydarzenia wojenne. Autorzy opierają się na danych zgromadzonych na temat gwałtów na bośniackich muzułmankach w czasie wojny na terenach byłej Jugosławii. Prócz wymienionych, odrzucanych przez Larry’ego Maya i Roberta Strikwerda możliwości, pozostaje opcja, jakoby odpowiedzialne były kobiety – ofiary. Nie chce mi się o tym pisać, jeśli ktoś bierze na poważnie taką opcję, zapraszam do komentowania :).


Zdaniem filozofów, mężczyźni ponoszą zbiorową dystrybutywną odpowiedzialność za gwałt jako grupa, której członkowie mają wiele wspólnych cech, tworząc tak zwaną „kulturę męską”, którą niemal utożsamia się z „kulturą gwałtu” (to drugie pojęcie jest węższe). Dystrybutywną, bo mężczyźni są grupą zbyt amorficzną, by móc działać jako zorganizowana instytucja; niektóre feministki próbują mówić o „patriarchacie”. Z niedystrybutywną mamy do czynienia np. w przypadku armii serbskiej, w sposób systematyczny i zorganizowany w ramach działań wojennych przeprowadzająca akcję gwałcenia muzułmańskich kobiet. „Kultura męska” to zespół norm, postaw i zachowań właściwych mężczyznom, przyswajany w toku socjalizacji. Nawet niedobrowolne uczestnictwo w „kulturze gwałtu” nakłada na mężczyzn odpowiedzialność, która pociąga za sobą bądź winę, bądź zobowiązanie do czynnego przeciwdziałania negatywnym wzorcom męskości. Nie robią tego, gdyż czerpią korzyści z podtrzymywania obecnej sytuacji: kobiety są zmuszone do poczucia zależności od mężczyzn – obrońców przed gwałcicielami. A więc wychodzimy tutaj z przesłanki tylko pozornie empirycznej, o funkcjonowaniu i odpowiedzialności twórców tzw. kultury gwałtu – i myślę, że właśnie nad tym pojęciem należałoby się pochylić w krytyce stanowiska.


Najprostszy wysuwany zarzut brzmi: czy w innych kulturach tudzież w okresie przed wykształceniem się kultury zbliżonej do naszej – kultury zachodniej – gwałty nie występowały? Sięgamy do Księgi Rodzaju i już mamy córki Lota gwałcące swojego ojca, który uprzednio chciał wydać je na zbiorowy gwałt rozochoconych Sodomitów, którzy jednak woleliby zgwałcić goszczących u Lota aniołów – te wszystkie popędy nie mogły mieć źródeł we współcześnie rozumianych negatywnych wzorcach społecznych. A więc jest niemal pełen zestaw: 1. gwałt mężczyzny na mężczyźnie, 2. mężczyzny na kobiecie, 3. kobiety na mężczyźnie – i kazirodztwo gratis (żałuję, lecz córki Lota nie gwałciły się nawzajem – wówczas byłby komplet). Ale mało tego, ze zjawiskiem gwałtu spotykamy się także wśród zwierząt. Ja dotarłam do dwóch przykładów: małp człekokształtnych (rezusów i bodaj szympansów) i – uwaga – zdarzają się ponoć gwałty wśród morsów. „Kultura gwałtu” wśród rezusów i negatywne wzorce socjalizacyjne agresywnych morsów…? Brzmi mało wiarygodnie. (Tyle tylko, że żeby mówić o gwałtach u zwierząt, trzeba by domniemywać wolę seksu, a nie tylko instynkt).


Skoro jednak gwałt nie jest wykwitem danej kultury, owocem procesu socjalizacji, jak wytłumaczyć współcześnie fakt istnienia społeczeństw od tego problemu wolnych? W odpowiedzi można np. odwołać się do niewystarczającej znajomości mechanizmów nimi rządzących – brak gwałtów może wynikać np. z nieadekwatnie surowej i zawsze egzekwowanej kary, której perspektywa stłumiła popęd u skłonnych do gwałtu w innych warunkach jednostek. Ponadto warto zwrócić uwagę na inną rzucającą się w oczy niedoskonałość chwytliwej argumentacji przemawiającej za „normalnością” gwałciciela – przedstawiciela kultury. Podawałam za Robertem Strikwerda i Mayem przykład gwałtów w Bośni – tymczasem gwałty popełniane w czasie wojen odbywają się przede wszystkim na kobietach należących do wrogiego narodu – są aktem przemocy, mającej na celu zaatakowanie pewnej grupy społecznej: mężczyzn i kobiety po równi. Gwałcąc kobiety, poniżają ich mężczyzn (żywych lub nie). Trudno wnioskować o normalności gwałciciela na podstawie sytuacji znajdującej się daleko poza granicami normy – wojna jest czasem, gdy zarówno mężczyźni, jak i kobiety niejednokrotnie pozbywają się nabytych w procesie socjalizacji barier, uniemożliwiających dokonywanie aktów przemocy.


Z drugiej jednak strony, nie możemy uznać gwałtu za prosty akt przemocy, jak głosi tzw. feministyczna teoria gwałtu. Niektóre badaczki ze środowisk feministycznych dowodzą, że motywem gwałtu nie jest pociąg seksualny, lecz potrzeba dominacji nad ofiarą, udowodnienia, że się ma nad nią władzę, i poniżenia jej (Brownmiller). Natomiast niewątpliwie gwałt jest zawsze aktem przemocy z punktu widzenia ofiary, a nie – aktem seksualnym. Istotne jest, że dane na temat gwałtów i innych aktów przemocy drastycznie się różnią. Przykładowo podczas gdy morderstwa spotykają kobiety z grupy wiekowej 30-55 lat, gwałty dokonywane są głównie na tych w wieku reprodukcyjnym – w wieku od 20 do 30 lat, osoby po pięćdziesiątce stanowią mniej niż 5%. Na marginesie: u większości gwałcicieli czynnikiem warunkującym pobudzenie jest bodziec seksualny, nie sam akt przemocy. Pozostali prawdopodobnie należą do sadystów seksualnych.


„Pozdrówcie swojego prezydenta! Dziesięć kobiet zgwałcił. Wszyscy mu zazdrościmy! Nigdy bym się tego po nim nie spodziewał. Okazał się takim silnym mężczyzną” – to słowa Władimira Putina, wypowiedziane podczas spotkania z premierem Izraela (Ehudem Olmertem), na temat prezydenta Izraela – Mosze Kacawa – oskarżonego o molestowanie seksualne 8 podwładnych i gwałt na 2 kolejnych (za: GW, 20.10.2006). Zgromadzeni przyjęli „dowcip” śmiechem. Jeszcze jeden przykład specyficznego poczucia humoru: grupa studentów Uniwersytetu Cornella opublikowała w Internecie „Top 75 reasons why women (bitches) should not have freedom of speech”. Jeden z powodów brzmiał: „If she can't speak, she can't cry rape”. Jeszcze żarty czy już promowanie przemocy seksualnej…?


Jeśli nawet nie wszyscy mężczyźni odpowiedzialni są za czyny popełniane bezpośrednio przez gwałcicieli, to jednak wielu mężczyzn może być współwinnych wspierania przemocy seksualnej, choćby w sposób bierny – są współodpowiedzialni za czyny popełniane przez mówiących o gwałcie, czynnie lub milcząco popierając ideę przemocy wobec kobiet – jeśli nawet już nie samą przemoc. Gdyby Strikwerda z Mayem ostatecznie udowodnili – póki co, jak się wydaje, wątpliwą – grupową odpowiedzialność mężczyzn za popełniane gwałty, wówczas mężczyźni byliby zobowiązani do czynnego przeciwdziałania przemocy seksualnej. Jeśli jednak samo mówienie w sposób budzący zalążki nienawiści o kobietach – obiektach seksualnych – uzna się za złe nawet wtedy, gdy samych aktów przemocy nie wywołuje, wówczas odpowiadanie milczeniem tudzież śmianie się z promujących stereotypy dowcipów również jest złe. Winy mężczyzn nie zmyłaby w takim razie nawet sytuacja, gdy częstotliwość gwałtów spadłaby do zera. Owe zdania warunkowe w żadnym razie nie wskazują faktycznego winnego, a jedynie próbują rozjaśnić pewne zależności. Tym okrągłym zdaniem skończyć mogłam referat, ale trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć, że owszem – wskazują :P. P.S. Ach, i zrezygnowałam z tego "anonimowego" Z.S., bo to jednak - jak się okazało - bezcelowe było ;)

31 May 2010

27 May 2010

Co robi człowiek ze swym "stylem życia"?

Przy okazji kserowania notatek z wykładów rozstrzygnęliśmy dzisiaj (niżej podpisany oraz tajemnicza Z.S.) dwie ważkie kwestie: Czym jest filozofia? Czym jest etyka?

Teza naszej półminutowej debaty głosi:

Filozofia jest opisem/analizą stylu życia człowieka, zaś etyka jest próbą jego [stylu życia] zracjonalizowania/usprawiedliwienia.

Przy odpowiednim zdefiniowaniu pojęcia "styl życia" powyższa teza może okazać się interesująca, a niewykluczone, że nawet trywialna :]

Od najdawniejszych czasów - bezimiennych pierwszych ludzkich mędrców - przez wszystkie wieki aż do dzisiaj, filozof próbuje opisać zmagania człowieka z rzeczywistością. I tylko tyle. W pewnym przeciwieństwie do tego, etyk poszukuje racji usprawiedliwiających - a poprzez to racjonalizujących - określone zachowania ludzi.

Przez "styl życia" człowieka możemy rozumieć - ujmując rzecz w pewnym uproszczeniu - właściwy dla niego sposób odnajdywania się w rzeczywistości.

Co ciekawe, ludzka skłonność do analizy i usprawiedliwiania nie przeczy tak rozumianemu "stylowi życia", lecz pod niego podpada.

11 May 2010

kilka uwag nt Poppera i indukcji

Chciałabym rzucić szkic problemu, który poruszyliśmy na jednym ze spotkań Sekcji. Będzie to krótkie zarysowanie konturów zagadnienia, z pewnością pozostawiające wiele do doprecyzowania. Zakładam, że każdy wie, kto to był Popper :), jak rozwiązał problem indukcji, co to jest – z grubsza rzecz biorąc – falsyfikacja i koroboracja. Jeśli nie, to cóż – guglowanie nie boli :).

Popper właściwie całe życie zmieniał poglądy metodologiczne – a przynajmniej odkąd je sformułował. Nie zmieniało się natomiast negatywne rozstrzygnięcie problemu indukcji. Jeszcze w LON można znaleźć fragmenty, w których pisał, że teorie naukowe nie są ani prawdziwe, ani fałszywe (chodzi o ich obiektywną cechę, bo poglądu, że prawdziwości nie możemy stwierdzić, również nie zmieniał). Poszukiwanie prawdy miało stanowić jedynie psychologiczny motyw działania poszczególnych uczonych – taka prywatna nadzieja. Pisał tak dlatego, że w tych 30. Latach – pracując nad LON – wiedział, że z klasycznym (korespondencyjnym) pojęciem prawdy wiążą się poważne trudności. Natomiast po napisaniu, a przed wydaniem, w roku 1934 spotkał w Pradze Tarskiego, który przywrócił mu wiarę w tę koncepcję. W późniejszych dziełach Popper pozwolił sobie pisać już bez krygowania się, że wiedza prawdziwa to ostateczny cel nauki (a nie samego naukowca). Tu już mamy pierwszy problem: co miał na myśli, pisząc od początku o fałszywości teorii, jak nie klasyczną koncepcję, której braki nie pozwalały mu pisać o prawdziwości? Ale to mało ważne, z oczywistych względów.

Przechodząc do rzeczy, wg Poppera prawda jest z założenia nieosiągalna w nauce, lecz konieczna jako idea regulatywna – do rozwoju nauki. Tu już wyłania się pytanie: czy to postulat jedynie moralny, czy metodologiczny? Celem nauki jest poszukiwanie teorii prawdzie najbliższej. I tu się właśnie pojawia kwestia kryterium wyboru hipotez. Lepsza teoria, nim zostanie poddana surowym testom, musi cechować się „potencjalną postępowością”; i to punkt wyjścia dla koroboracji. Popper teorię skoroborowaną uznaje za lepszą, a więc – bliższą prawdy, co określa mianem prawdoupodobnienia (w odróżnieniu od prawdopodobieństwa).

Dlaczego, na jakiej zasadzie wiążemy ze sobą te dwa pojęcia? Dlaczego uznajemy teorię skoroborowaną za lepszą? Lepsza teoria to ta, co do której mamy nadzieje, że lepiej będzie sprawować się w przyszłych testach – tę nadzieję oczywiście możemy cały czas uznawać za nieuprawnioną czy nieudowodnioną, bez określonego prawdopodobieństwa, ale jest ona zupełnie oczywistą konsekwencją. Gdzie mamy wnioskowanie z przeszłości o przyszłości na podstawie powtarzających się przypadków? W indukcjonizmie.

Czyli mamy dwa etapy. Bierzemy teorię, która nam się np. przyśniła, i usilnie, krytycznie sprawdzamy – to jest ok, to jest owa racjonalność krytyczna, postulat moralny, nie ma się czego przyczepić. I etap drugi – stwierdzamy, że teoria przetrzymała ileś surowych testów, a więc jest warta przyjęcia, a nadzieja uznania ją za podobną do prawdy – uzasadniona. I to jest właśnie moment, który uznawany jest za „indukcjonizm w przebraniu”, bo koroboracja nigdy przecież nie jest zupełna.

Z prawdoupodobnieniem wpadamy w indukcjonizm, bez niego – np. w instrumentalizm. Czy nie ma innego wyjścia? Czy raport z rzetelnej krytycznej dyskusji o hipotezie określa jedynie stopień racjonalności wiary naukowca w nią?

Natomiast jeszcze o problemie wnioskowania z przeszłości o przyszłości. Popper pytanie, czy przeszłość będzie podobna do przyszłości, potrafił zbyć jednym zdaniem: „po części tak, po części nie” – dowodzącym raczej, że chwilowo niewiele pamiętał, o co w problemie chodziło. Innym razem pisał o trywialności założenia niezmiennych praw natury po stronie świata, czyli o „jednolitości natury” – jak to nazywał, o trywialności założenia istnienia pewnych abstrakcyjnych związków, w momencie, gdy nie wiemy, co to za związki. Przede wszystkim ta stabilność świata to klasyczna teza metafizyczna, tzn. nie można wyobrazić sobie przypadku, który by ją falsyfikował, a równocześnie jest sensowna, bo jest krytykowalna, próbuje mówić coś o świecie i przydaje się nauce. To „konieczna nadzieja [która] nie jest wiedzą obiektywną” – tak pisał. Wiemy, że Popper uważał, że indukcja nie istnieje. Jeden z zarzutów brzmi: jak w takim razie obronić poprawność rozumowań dedukcyjnych, jeśli nie przez indukcję? I Popper modele dedukcyjnego myślenia również uznaje za hipotezy. Pisze, że dedukcję uznajemy za poprawną, jeśli nie istnieje dla niej kontrprzykład, a mamy to sprawdzać „obiektywnie i krytycznie” – czyli znowu postulat moralny.

Można powiedzieć w obronie prawdoupodobnienia: Popper nie chce, by uzasadniać teorię, a jedynie sam akt preferencji, tylko że to jest najzupełniej oczywiste i niczego nie rozwiązuje. To samo można by powiedzieć w przypadku metody indukcyjnej – że to jeszcze nie mówi o teorii, a o tym, dlaczego ją wybieramy. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Popper pisze np., że teorię uznaną za prawdoupodobnioną przyjmujemy w działaniu praktycznym (czyli takim, które oczekuje czegoś od świata w przyszłości ze względu na przeszłe testy) nawet nie ze względu na naszą wiarę w jej prawdziwość, a dlatego, że nie mamy nic lepszego – bliższego prawdy. Nie wiem, jak mógł uważać, że to cokolwiek wyjaśnia – to nawet nie błędne koło, a to samo przez to samo.

Ja na tym skończę, przypomnę tylko kilka problemów. Najprostszy brzmi: 1. Dlaczego należy przyjąć lepiej sprawdzone hipotezy? 2. Czy koroboracja jest jedynie indukcyjnym potwierdzaniem teorii przez wielokrotne, przeszłe, nieudane próby obalenia? 3. Czy to jest jeszcze metodologia, czy tylko postulaty moralne?

(Opracowując temat korzystałam z Chmielewskiego „Filozofii Poppera…”, z Sadego, no i oczywiście parę razy zajrzałam do samego Poppera ;) – głównie chodzi o „Wiedzę obiektywną”, „Logikę odkrycia naukowego” oraz „Nieustanne poszukiwania”).

28 April 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 3)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
http://www.rbb-online.de/zurperson/interview_archiv/arendt_hannah.html
Tłumaczenie własne.

GG: Zagadnienia teorii polityki, wraz z tematem politycznych zachowań i działań, zajmują dzisiaj centralne miejsce w Pani pracy. Wobec takiego stanu rzeczy, wydaje mi się niezwykle interesującą wymiana listów, która miała miejsce między Panią a Profesorem Scholemem. Tam napisała Pani, jeśli mogę zacytować, że "w młodości nie interesowała się ani polityką, ani historią". Wyemigrowała Pani z Niemiec, Pani Arendt, jako Żydówka w 1933 roku. W tamtym czasie miała Pani 26 lat. Czy to, iż zajęła się Pani zawodowo polityką, wbrew wcześniejszemu brakowi zainteresowania, było związane z tym faktem?

HA: Oczywiście. W roku 33 brak zainteresowania nie był już możliwy. Wcześniej zresztą też nie.

GG: Obudziło się też wcześniej i Pani zainteresowanie?

HA: Tak, naturalnie. Z napięciem czytałam gazety. Miałam swoje poglądy. Nie należałam do żadnej partii, nie miałam takiej potrzeby. Od roku 31 byłam mocno zaskoczona faktem, że naziści mogli dojść do sterów. Stale dyskutowałam z innymi ludźmi o powstałym problemie. Systematycznie zajęłam się jednak tymi kwestiami właściwie dopiero na emigracji.

GG: Mam dodatkowe pytanie wobec tego, co teraz Pani powiedziała. Nawiązując do zaskoczenia w roku 1931, gdy dojściu do władzy nazistów nie można już było zapobiec, nie czuła Pani potrzeby, by się aktywnie przeciwstawić, np. zapisać się do jakiejś partii - czy nie uważała Pani tego za sensowne?

HA: Ja osobiście nie miałam tego za sensowne. Gdybym za takie to uznała - to wszystko jest trudne teraz do opowiedzenia z pamięci - zapewne coś bym zrobiła. Uważałam to za beznadziejne.

GG: Czy jest w Pani pamięci jakieś specjalne zdarzenie, które pozwoliłoby określić czas Pani zwrotu ku polityce?

HA: Mogę tak nazwać 27 lutego 1933 roku, płonący Reichstag oraz pierwsze nielegalne aresztowania tej samej nocy. Ten tak zwany areszt ochronny (Schutzhaft). Wie Pan, ludzie trafiali do piwnicy Gestapo lub obozów koncentracyjnych. Co się tam działo, było potworne, dziś często przyćmiewają to późniejsze sprawy. To był dla mnie bezpośredni szok, od tego momentu poczułam się też odpowiedzialna. Co znaczy, że nie podzielałam więcej zdania, iż można w obecnej sytuacji jedynie obserwować. Starałam się pomóc w różnych rzeczach. Ale to, co mnie ostatecznie z Niemiec wygnało - jeśli powinnam to opowiadać... Nigdy tego nie mówiłam, ponieważ jest całkiem bagatelne...

...

25 April 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 2)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
http://www.rbb-online.de/zurperson/interview_archiv/arendt_hannah.html
Tłumaczenie własne.


GG: Pani praca - z pewnością jeszcze dojdziemy do szczegółów - jest w znacznej części nakierowana na poznanie warunków, w jakich ma miejsce polityczna działalność oraz polityczne zachowanie. Chciałaby Pani szeroko oddziaływać poprzez swoje dzieła? Czy - być może - nie wierzy Pani, iż takowy wpływ jest w dzisiejszych czasach w ogóle możliwy? A może upowszechnienie się tych myśli, postrzegane jest przez Panią jedynie jako efektem uboczny?

HA: Wie Pan, to jest ponownie taka sprawa. Jeśli mam mówić szczerze, to gdy pracuję, nie jestem zainteresowana własnym oddziaływaniem.

GG: A gdy praca jest gotowa?

HA: Tak, wtedy ja zakończyłam swoją część. Dla mnie jest jedna najbardziej istotna kwestia: ja muszę rozumieć. Do rozumienia zaliczam w tym przypadku również pisanie. Pisanie jest częścią procesu zrozumienia.

GG: Gdy Pani pisze, służy to Pani własnemu, lepszemu poznaniu?

HA: Tak, gdyż w tym momencie pewne rzeczy są jasno przyporządkowane. Wyobraźmy sobie, że człowiek miałby doskonałą pamięć, taką, że mógłby zapamiętać faktycznie wszystko, o czym myśli. Wątpię, znając swoje lenistwo, żebym w takiej sytuacji cokolwiek notowała.
Co jednak uważam za konieczne, to sam proces myślenia. Jeśli mam z takim do czynienia, osobiście jestem zadowolona. Jeśli udaje mi się do tego, podczas pisania wyrażać się adekwatnie, ponownie jestem zadowolona.
Pyta Pan o oddziaływanie. Jest to - jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę ironii - bardzo męskie pytanie. To mężczyźni szalenie chętnie wywierają wpływ; ja widzę to poniekąd z zewnątrz. Moje własne oddziaływanie? Nie, ja pragnę rozumieć. I gdy inni ludzie rozumieją pewne sprawy tak samo, w tym samym sensie, jak ja je pojęłam - daje mi to rodzaj wyzwolenia, jak uczucie bycia w rodzinnych stronach.

GG: Pisze Pani lekko, formułuje Pani lekko zdania?

HA: Czasami tak, czasami nie. Ale ogólnie mogę powiedzieć, że nie piszę nigdy bez tzw. przepisywania.

GG: Po uprzednim przemyśleniu?

HA: Tak. Wiem dokładnie, co chcę napisać. Wcześniej nie piszę. Najczęściej spisuję jedynie notatki. To idzie stosunkowo prędko, gdyż uzależniona jestem właściwie jedynie od własnego tempa pisania na maszynie.

...

24 April 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 1)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
H. Arendt, Von Wahrheit und Politik. Interview und Vortraege, Der Hoerverlag. Tłumaczenie ze słuchu, własne.

GG: Pani Arendt, jest Pani pierwszą kobietą, która będzie sportretowana w ramach tego cyklu. Pierwszą kobietą, która zgodnie z powszechnie panującym wyobrażeniem, uprawia męski zawód - jest Pani filozofem (Philosophin). Nawiązując do tego spostrzeżenia, przejdę do pierwszego pytania: uważa Pani swoją rolę w kręgu filozofów, pomimo uznania oraz szacunku jakim jest Pani darzona, jako pewną osobliwość? Czy dotykamy tym samym tematu emancypacji, który dla Pani jako taki nigdy nie istniał?

HA: Obawiam się, że muszę na początku zaprotestować. Nie należę do grona filozofów. Moim zawodem, jeśli można w ten sposób o tym mówić, jest teoria polityki. Nie czuję się w żadnym wypadku filozofem, nie jestem nim i jak sądzę, nie jestem też do tego kręgu zaliczana - wbrew Pańskiemu uprzejmemu stwierdzeniu.
Ale zajmijmy się drugim pytaniem, które pojawiło się w Pańskiej uwadze. Powiedział Pan, że jest to zajęcie powszechnie uznawane za męskie, co jednak nie znaczy, że musi takim pozostać. Może tak być z pewnością, że kobieta kiedyś zostanie filozofem.

GG: Ja właśnie miałem Panią za taką.

HA: Tak, przeciwko temu nic nie mogę zrobić. Ja sama jednak pozostaję innego zdania - według mnie nie jestem filozofem. Moim zdaniem traktuję filozofię całkowicie instrumentalnie. Studiowałam ją, jak Pan wie, nie oznacza to jednak, że przy filozofii pozostałam.

GG: Cieszę się, że doszliśmy do tego punktu. Chciałbym wiedzieć więc, gdzie widzi Pani różnicę pomiędzy filozofią polityki a swoją pracą jako profesora od teorii politycznej? Gdy myślę nad serią Pani dzieł, nad "Vita activa", pragnę pomimo wszystko wpisywać Panią w rubryce "filozof". Przynajmniej tak długo, póki nie wskaże Pani własnego rozumienia linii granicznej przebiegającej pomiędzy tymi obszarami - o co teraz Panią proszę.

HA: Różnica tkwi w rzeczy samej w sobie. Wyrażenie "filozofia polityki", którego ja unikam, to wyrażenie obciążone balastem wynikającym z tradycji. Gdy o tych sprawach mówię, w tonie akademickim czy też nie, wspominam zawsze, że pomiędzy filozofią oraz polityką istnieje rodzaj napięcia. Mianowicie pomiędzy człowiekiem filozofującym oraz pomiędzy człowiekiem, działającą istotą, istnieje napięcie, które w tym znaczeniu w filozofii przyrody nie występuje. Filozof stoi wobec natury jak wszyscy pozostali ludzie. Gdy się nad nią zastanawia, mówi w imieniu całej ludzkości - nie pozostaje politycznie neutralnym, przynajmniej nie od czasów Platona.

GG: Rozumiem...

HA: Większość filozofów - wyjąwszy jedynie kilku, wyjąwszy Kanta - przejawia wiele wrogości wobec polityki. Wrogości, która jest wyjątkowo ważna dla całości, gdyż nie stanowi jednostkowego, personalnego problemu, a odnosi się do istoty samej rzeczy.

GG: Pragnie Pani uniknąć postawy wrogości wobec polityki, gdyż mogłaby ona obciążać Pani pracę?

HA: Nie chcę przyjmować postawy wrogości, co oznacza, że chcę widzieć politykę w pewnym sensie niezmąconym przez filozofię wzrokiem.

GG: Rozumiem. Jeszcze raz wracając do tematu emancypacji, był to dla Pani problem?

HA: Tego typu problemy naturalnie pojawiają się zawsze, choć ja właściwie jestem staromodna. Zawsze byłam zdania, że istnieją zajęcia, które nie są szykowne dla kobiet, nie przystoją im - jeśli mogę się tak wyrazić. Nie wygląda dobrze, gdy kobieta rozkazuje, powinna ona unikać znalezienia się w takiej pozycji, jeśli pragnie zachować kobiece wartości. Czy mam w tym wypadku rację czy nie - nie wiem. Ja sama skierowałam się w tym kierunku dość nieświadomie. Ten problem (emancypacji) prywatnie nie grał dla mnie żadnej roli. Ja po prostu robiłam to, co robić chciałam. Nigdy nie zastanawiałam się, czy kobieta powinna robić coś, co normalnie robią mężczyźni. Osobiście ten temat mnie nigdy nie poruszał.

...

Wywiad jest dostępny tutaj

18 April 2010

G. Schwan i społeczeństwo obywatelskie

"Rola społeczeństwa obywatelskiego oraz społecznych zaangażowań wolontariackich w Europie Środkowej i Wschodniej", spotkanie z Prof. Dr Gesine Schwan, Schwarzkopf-Stiftung i GFPS e.V. ( 16.04.2010)


Gesine Schwan - z wykształcenia politolog, filozof oraz historyk, obecnie aktywny niemiecki polityk (SPD), pełnomocnik rządu ds. Polski.

Kilka sformułowanych przez Schwan myśli:
  • społeczeństwom dopiero zmierzającym ku modelowi społeczeństwa obywatelskiego, szczególnie w fazie transformacji ustrojowych w państwie czy też zaraz po nich, potrzebne są oddolne ruchy społeczno-polityczne, problem tkwi jednak w tym, że nie ma ich tradycji;
  • wszelkie podejmowane inicjatywy: charytatywne, sportowe, społeczne, proekologiczne itp. są wyrazem dojrzałości pewnego środowiska, grupy. W społeczeństwie obywatelskim kluczową rolę odgrywają zaangażowania polityczne - to właśnie one są miernikiem dojrzałości oraz samoświadomości obywateli;
  • autonomiczność i autentyczność ruchów społecznych jest ważnym faktorem, a staje w obecnych czasach coraz częściej pod znakiem zapytania. Każdorazowo muszą padać pytania o źródła finansowania oraz ewentualne grupy interesów, które mogłyby zyskać przy promocji danych idei.
Uno verbo
Jeśli przyjąć, że demokracja jest zestawieniem pewnej racjonalności z politycznym porządkiem [NIDA-RUEMELIN, 205], to możemy uznać iż zaangażowania społeczno-polityczne konkretnych jednostek stanowią przejaw racjonalności indywidualnej, a społeczeństwo obywatelskie jest wyrazem racjonalności kolektywnej.

NIDA-RUEMELIN: J. Nida-Ruemelin, Politische Philosophie der Gegenwart. Rationalitaet und politische Ordnung, Paderborn 2009.

14 April 2010

Ψυχή w myśli Heraklita

Pojęcie duszy pojawia się w zaledwie kilku z zachowanych zdań Heraklita. Niedostatek danych niewątpliwie utrudnia poszukiwanie ostatecznej odpowiedzi na pytanie, jak Heraklit rozumiał pojęcie duszy. Badanie poglądów tego myśliciela może polegać na próbie porównywania informacji pojawiających się w poszczególnych zdaniach, oraz zestawianiu ich z własnym doświadczeniem, z uwzględnieniem specyfiki przekazu myśliciela z Efezu ("filozof ciemny"). Jeżeli zdania Heraklita rzeczywiście stanowią zagadkę, to w pierwszej kolejności należałoby zidentyfikować wszystkie istotne określenia, składające się na charakterystykę omawianego pojęcia. Wstępnie można wymienić następujące cechy duszy:
  1. Dusza jest dymem
  2. Dusza doznaje
  3. Dusza ulatnia się z wilgoci
  4. Dusza ma zdolność wysuszania i wilgotnienia
  5. Nie da się odkryć granic duszy
  6. Do duszy należy logos
  7. Dusze węszą w Hadesie
Po przeanalizowaniu dosłownego znaczenia poszczególnych fragmentów, próbie zestawienia go z własnymi intuicjami czy doświadczeniami językowymi (np. dobrze znane powiedzenie głosi: "nie ma dymu bez ognia"), należałoby spróbować rozszyfrować ukryte znaczenie przekazu Heraklita. Wydaje się, że można wstępnie sformułować następującą hipotezę: dusza jest środowiskiem, w którym ujawniają się pewne funkcje, opisywane przez Heraklita w innych zdaniach (np. logos). Za potraktowaniem duszy jako środowiska mogą przemawiać pojęcia, które pojawiają się w interesującym nas kontekście: ziemia, powietrze, ogień, woda, wilgoć, suchość. Są to pojęcia, które z oczywistych względów służą do opisywania środowiska przyrodniczego, również na co dzień np. w celu określenia, jaka będzie pogoda :) ("uff, jak gorąco" - wskazujemy na wysoką temperaturę itd.). Zdanie Heraklita, w którym człowiek pijany został określony jako mający "mokrą duszę", może wskazywać na to, że wymienione środowisko jest czymś właściwym dla człowieka. W związku z tym, jeżeli środowiskiem logosu jest dusza, to logos Heraklita jest rzeczywistością typową dla człowieka.

Czy powyższa interpretacja jest uzasadniona? Być może uda się na to pytanie odpowiedzieć w trakcie spotkań Koła Naukowego Studentów Filozofii UPJPII. Najbliższe już jutro o godz. 18:00 - poświęcone konfrontacji poglądów na temat duszy u filozofów i teologów.

12 April 2010

o współpracy fenomenologii z nauką

Archiwalnie, Konferencja: Człowiek we Wszechświecie (12-14.12.2008), Jak fenomenologia może współpracować z nauką?


Nie wierzę jednak w żaden sztywny izolacjonizm: ani filozofii od nauk empirycznych, ani tych nauk od filozofii. Zakazy metodologów pod tym względem i tak zostaną przekroczone, a poza tym to właśnie przez łamanie dotychczasowych kanonów rodzą się nowe paradygmaty, czyli dokonuje się postęp w poznaniu świat [1].
M. Heller

Znany jest sceptycyzm zarówno naukowców, jak i metodologów wobec rozwijanego przez fenomenologię aparatu pojęciowego. Czy jednak dyskwalifikuje on fenomenologią jako partnera dla nauki? Czy o fenomenologii powinno się mówić jedynie w kontekście historycznym?

Czym jest metoda fenomenologiczna? Na czym polega jej specyfika oraz komplementarność wobec innych podejść? Kwestię tę rozjaśnia przykład percepcji wzrokowej podany przez S. Gallaghera oraz D. Zahaviego[2]: podmiot patrzy przez okno i widzi swój zaparkowany samochód. Psycholog eksperymentalny będzie próbował wskazać rozwiązanie przyczynowe oraz wyjaśnić jak działa wizualna percepcja, używając pojęcia retinalu, tłumacząc mechanizm wydzielania neurotransmiterów czy przekazywania bodźców wzrokowych do ośrodka mózgu. Funkcjonalista pokaże, jak mechanizmy poznania wykonują swoją pracę, jaki rodzaj informacji musi być dostarczony (kolor, odległość, kształt), by zachodził proces widzenia „swojego samochodu”. Fenomenolog będzie natomiast zaczynał od opisu samego doświadczenia, odpowiadając na pytania: jaka różnica jest między widzeniem samochodu w tej chwili a przypominaniem go sobie lub zwykłym wyobrażaniem, jaką strukturę ma proces widzenia, że dostarcza znaczącego doświadczenia świata.

03 April 2010

pewność niepewności

Archiwalnie, spotkanie Sekscji Filozofii Przyrody (03.11.06), wykład Leszka Grzanki "Pewność niepewności"


Skąd tytuł wykładu?

Przedmiotem wykładu była zasada nieoznaczoności Heisenberga, która na łamach anglojęzycznej literatury pojawia się jako Heisenberg Uncertainty Principle (HUP), co w dosłownym tłumaczeniu daje zasadę niepewności. Jednak jako że HUP już od 1927 stanowi podstawę naszego rozumienia określoności mierzonych wielkości w świecie kwantowym oraz doskonale tłumaczy wyniki doświadczeń, pozwala nam to mówić o pewności niepewności.

Zasada nieoznaczoności

Świat kwantowy kojarzy nam się z nazwiskami Heisenberga oraz Schrödingera, twórcami dwóch równoważnych ujęć formalnych mechaniki kwantowej. Dzięki nim nasze zrozumienie fizyki atomu uległo całkowitej przemianie – rewolucja myślowa w fizyce pierwszej połowy XX wieku przyniosła ogromne konsekwencje, również filozoficzne. Jak się dokonywała? W atmosferze sporów, godzinnych rozmów uczonych tej klasy co Einstein, Sommerfeld, Bohr i wielu, wielu innych. Historia nauki ukazuje, jak wśród trudów budowane były formalizmy matematyczne, aparat pojęciowy oraz pierwsze interpretacje nowej teorii, nowego spojrzenia. Werner Heisenberg i jego rola jest nie do przecenienia. Zbudował on mechanikę macierzową oraz wykazał fundamentalną dla opisu kwantowego zasadę nieoznaczoności. Przez lata pracował też nad interpretacją mechaniki kwantowej.

02 April 2010

philosophical THINK tank

Projekt philosophical THINK tank powstał, by tworzyć publicznie dostępną przestrzeń dla rozważań o filozoficznym charakterze i bardzo zróżnicowanej tematyce.
Konferencje czy spotkania kół naukowych mają swój czas oraz miejsce, nie zawsze osiągalne dla wszystkich potencjalnie zainteresowanych. Stąd też zrodził się pomysł, by przedłużyć żywot niejednej myśli czy dyskusji w świecie wirtualnym - w postaci bloga tworzonego przez wielu autorów.

Philosophical THINK tank ma stać się miejscem rzuconych pomysłów, refleksji, prób własnej twórczości. Tu mogą rodzić się nowe idee, tu mogą być one konfrontowane z szerszym gronem zainteresowanych tematyką odbiorców. Dyskusje nie są w żaden sposób ograniczone - mogą trwać dniami, tygodniami, a nawet latami... Dyskutanci nie są zależni od miejsca, a jedynie od dostępności internetu - bez różnicy, czy współtworzą bloga z Krakowa, Warszawy czy Berlina. Wszystko w myśl wzajemnej współpracy, inspiracji, konstruktywnej krytyki.

Projekt jest zaadresowany głównie do studentów oraz absolwentów studiów filozoficznych, nie wyklucza jednak współpracy z osobami, które "umiłowały mądrość" hobbystycznie.
W "zbiorniku myśli" miejsca będzie dość: zarówno dla luźnych spostrzeżeń jaki i bardzo analitycznych wywodów. Różnorodność jest w tym wypadku zaletą.

Philosophical THINK tank ma być odpowiedzią na najpilniejsze potrzeby filozofii rozumianej w szerszym sensie - nie tylko jako dyscypliny akademickiej - na potrzebę myślenia oraz potrzebę dialogu. Czasy i postęp wymuszają środki, niech więc będzie i blog... Pomysłodawczyni projektu życzyłaby sobie, aby był to blog dobry i popularny, aby prowokował namysł i wymuszał rozwój.

Partnerem projektu jest  Koło Naukowe Studentów Filozofii UPJPII w Krakowie - Sekcja Filozofii Przyrody, stąd pojawią się z pewnością pewne materiały archiwalne oraz sprawozdania z obecnej działalności koła.


Zapraszamy do lektury oraz  współpracy!