11 June 2010

Problem moralnej odpowiedzialności za gwałt

Ciekawa rzecz, że to, co miało się stać przestrzenią swobodnego wyrażania niedoprecyzowanych myśli (może zostało to ujęte inaczej, ale bądźmy szczerzy – myśli doprecyzowane spisuje się i publikuje, a nie rzuca na bloga) jak dotychczas było od tego jak najdalsze – nie zauważyłam żadnych głupich idei (ja np. ostatnio odkryłam kantowski charakter dowodu ontologicznego Anzelma) czy kontrowersyjnych tez (legalizacja twardych narkotyków, penalizacja zabijania komarów i prawo wyborcze dla szympansów; podpisuję się pod dwoma z tych trzech, którymi – nie powiem :P). Dzisiejsza notka obniży nieco dotychczasowe loty – poruszony zostanie problem z etyki seksualnej. Właściwe sformułowanie zagadnienia powinno brzmieć: „Problem moralnej odpowiedzialności za gwałt mężczyzny na kobiecie” – tylko ten aspekt zagadnienia będzie mnie tutaj interesował. Gwałty popełniane przez kobiety są zjawiskiem marginalnym, które można pominąć (1000:1), lub przynajmniej minimalnie odnotowywanym – z różnych przyczyn; natomiast rzeczywiście nie podejmuję tutaj w ogóle kwestii mężczyzn gwałcących innych mężczyzn, wydaje się, że bez szkody dla całości rozumowania.


Pomysł na marcowy referat pojawił się na długo przed konferencją, nim jeszcze zdążyłam się zapoznać z literaturą na ten temat. Mianowicie jechałam pewnego dnia autobusem – komunikacją miejską – gdzie kilku młodych chłopców (najstarszy mógł mieć może 16 lat) opowiadało historię mężczyzny, który podczas sprzeczki ze swoją kobietą złamał jej nos. Razem udali się na pogotowie, a gdy sanitariusze wyszli z sali, po powrocie zastali parę w sytuacji erotycznej – kobieta, z tym świeżo złamanym nosem, wykonywała swojemu oprawcy fellatio. Ile w tym było bajki, ile prawdy, to nie ma w tym momencie znaczenia. Faktem jest, że chłopcy opowiadali tę historię w charakterze zabawnej anegdotki, z niekłamanym podziwem; a cały autobus przysłuchiwał się i – milczał. Nikt nie zareagował. Dlaczego nie protestowały kobiety, nietrudno się domyślić – jakie są powody tego, że żadna z nich (łącznie ze mną) nie przeciwstawiła się grupie w pełni rozwiniętych fizycznie nastolatków, którzy otwarcie pochwalali przemoc – zwłaszcza tę seksualną – wobec kobiet. Co jednak z obecnymi na miejscu wydarzenia mężczyznami? Czego oni się obawiali i dlaczego nie zareagowali? To oczywiście tylko jedna z wielu podobnych sytuacji, których każdy z nas bywał świadkiem. Przytaczam ją na wstępie nie bez powodu – tekst, który stanowi punkt wyjścia niniejszych rozważań, jest napisany przez autorów zamieszkałych w USA i na badaniach tamtejszego społeczeństwa oparty (atoli nie ulega wątpliwości, że problem przemocy seksualnej nie jest obcy naszemu społeczeństwu). Tytuł artykułu autorstwa Larry’ego Maya i Roberta Strikwerda brzmi: „Mężczyźni w grupach. Zbiorowa odpowiedzialność za gwałt”. Jeden z autorów wspomina, że gdy był nastolatkiem, w jego grupie rówieśniczej nieustannie rozmawiano o seksie. Odczuwano lęk przed kobiecą seksualnością, rekompensowany przechwałkami na temat rzekomych podbojów i wykrzykiwaniem propozycji seksualnych do przypadkowych kobiet na ulicy. Z biegiem czasu rozmowy coraz częściej schodziły na temat wymuszanego seksu grupowego – a więc zbiorowego gwałtu. Dopiero w dorosłym wieku przypomnienie sobie owych wydarzeń skłoniło autora do refleksji nad współodpowiedzialnością za gwałty popełniane przez innych mężczyzn – np. za domniemane czyny jego dawnych kolegów. Rzecz jasna nie wszyscy chłopcy w wieku dojrzewania fantazjują na temat wymuszanego seksu grupowego (a przynajmniej należy mieć taką nadzieję) – za to istotna jest tu sugestia możliwości ponoszenia częściowej lub całkowitej odpowiedzialności za cudze przestępstwa seksualne. Raz postawiona, rodzi dalsze pytania. Skoro możliwe, że nie tylko gwałciciel jest odpowiedzialny, to czy jego wina umniejsza się w wyniku współodpowiedzialności innych osób? Czy gwałt wojenny może podpadać pod kategorię zbrodni wojennej? Albo czy kobiety – nie te gwałcone, ale po prostu uczestniczki kultury – również mogą być odpowiedzialne za popełniane gwałty…? (Np. promując stereotyp dziewczynki-ofiary, która nawet nie umie matematyki). To tylko kilka przykładowych z rodzących się problemów, wciąż otwartych.


Ogólna teza artykułu, do którego się odwołuję, brzmi: jeśli w obrębie danej społeczności mężczyźni przyczyniają się do rozpowszechniania gwałtu, to są za niego współodpowiedzialni. Twierdzenie wydawałoby się trywialne, ale jego naturalne konsekwencje budzą spore kontrowersje. Chociażby: czy ze względu na ową współodpowiedzialność za przestępstwo seksualne wszyscy mężczyźni powinni ponosić prawne konsekwencje czynów gwałcicieli? I jeszcze jedno: czy samo milczenie w tej sprawie, np. zaniechanie wystosowania odpowiednich wskazówek wobec dzieci dorastających w ramach pewnej kultury gwałtu – czy to już wystarczy do uznania owej winy? Autorzy twierdzą, że nie tylko czynne wspieranie pozytywnego wizerunku gwałciciela czyni współodpowiedzialnym – każdy mężczyzna żyjący w określonej społeczności winien czynnie przeciwstawić się promowaniu pewnych modeli przemocy seksualnej. Gwałt jest zbrodnią uderzającą w ogół kobiet w danej społeczności [bo wszystkie kobiety nie mogą czuć się bezpiecznie] popełnianą przez mężczyzn jako grupę – tak brzmi właściwa myśl owych filozofów. Pytanie, na ile można ją odnieść do innych przestępstw, wychodzi poza zakres niniejszych rozważań. Teraz nastąpi krótkie streszczenie argumentacji Roberta Strikwerda i Larry’ego Maya. W dalszej części pracy przejdę do przedstawienia wybranych zarzutów wobec tezy o współodpowiedzialności wszystkich mężczyzn za popełniane gwałty. Na koniec spróbuję przedstawić alternatywne, poniekąd kompromisowe rozwiązanie problemu.


Podstawowe pytanie brzmi: kiedy moglibyśmy powiedzieć, że odpowiedzialny jest tylko gwałciciel? Wydaje się, że wówczas, gdy jego zachowanie byłoby niezależne od uwarunkowań społecznych. Moglibyśmy nie tyle udowodnić, co raczej poprzeć tę tezę, wskazując na jakieś radykalnie złe skłonności; na odmienność, demoniczność gwałciciela; gdybyśmy mogli wskazać, że bodźce stymulujące dorosłych mężczyzn do popełniania gwałtów nie mają istotnego wpływu na podejmowane przez nich decyzje lub – także na gruncie nauk empirycznych – wykazując, że wszyscy gwałciciele to urodzeni psychopaci (Knight (1997) zauważył, że wszystkich gwałcicieli cechują: promiskuityzm, wrogie męskie zachowania oraz zdystansowana emocjonalnie osobowość drapieżcy – to tzw. osobowość typowa dla psychopaty). Badania nad zdrowiem psychicznym gwałcicieli jedynie marginalnie zajmują uwagę autorów artykułu – skupiają się oni na negatywnej ocenie mężczyzn, którzy „przymykają oko” na niewłaściwe zachowania seksualne osób płci męskiej w stosunku do kobiet. Sugerują, że mężczyźni są bardziej skłonni do gwałtu, gdy znajdują się w grupie (przykłady gwałtów wojennych). Ponadto mężczyzn ośmiela do gwałtu proces ich socjalizacji jako mężczyzn – gdy kształtuje się negatywne postawy wobec kobiet. Autorzy sugerują, jakoby nawet owe gwałty wojenne, poprzez te popełniane w parkach, klubach, na randkach i w łożach małżeńskich – jakoby wszystkie miały swoje źródło jeszcze w dzieciństwie; choć wybryki dziewcząt były rzadziej karane, to jednak winę chłopców – którzy ponosili konsekwencje swoich czynów – łatwiej wybaczano i kwitowano krótkim: „boys will always be boys”. Chłopców w ten sposób uczy się, że łamanie konwenansów jest w porządku i niemalże się tego po nich oczekuje (przykłady wyśmiewania – nawet przez rodziców – „za grzecznych” chłopców, „maminsynków”, „mazgajów” itd.). Inna znana wszystkim sytuacja: dziewczynkom kupuje się zabawkowe pralki i kuchenki z plastiku, chłopcom np. lalki-wojowników, sugerujące wzorzec męskości pełnej przemocy.


Na naszym, polskim gruncie warto przypomnieć sprawę 14-letniej Ani z Gdańska, obezwładnionej przez pięciu kolegów. W obecności dzieci, w klasie szkolnej, została rozebrana, a następnie zasymulowano jej zgwałcenie – w wyniku tych przeżyć dziewczynka powiesiła się. Tymczasem rodzice nastoletnich dręczycieli, miast jednoznacznie potępić zachowanie swoich synów, próbowali ich usprawiedliwiać, m.in. nazywając całe zajście „dziecinnym żartem” tudzież sugerując, że incydent został sprowokowany przez ofiarę. Z wypowiedzi uczniów: „Kolesie chcieli się popisać przed pozostałymi. To niezła beka tak obmacać dziewczynę. (…) Wszyscy się nabijali, nikt nie sądził, że laska tego nie wytrzyma” (źródło: GW).


Wracając do głównego toku naszych rozważań, zastanówmy się: czy gwałt może być tylko biologiczną odpowiedzią na bodziec, co zwalniałoby z winy gwałciciela? Niektórzy twierdzą, że ponieważ możliwe skutki współżycia są o wiele poważniejsze dla kobiety (9 miesięcy ciąży wobec niewielkiego wysiłku energetycznego partnera), stąd mężczyźni ewolucyjnie przystosowani są do przemocy, by móc uzyskać „szybki dostęp do kobiety” – w końcu swoje geny przekażą najsilniejsi. W odpowiedzi wskazuje się na marginalną ilość mężczyzn stosujących przemoc seksualną wobec kobiet w stosunku do mężczyzn w ogóle, a także na społeczeństwa zupełnie od gwałtu wolne (a więc nie jest to proste uwarunkowanie biologiczne – nawet jeśli jest faktem, to można nad nim zapanować). Wyraźnie jest tu założenie, jakoby gwałciciel był – potocznie mówiąc – normalny, gwałcicielem mógł zostać dowolny osobnik płci męskiej. Gdy May i Strikwerda piszą, że wszak ostatecznie nie każdy mężczyzna jest gwałcicielem, odpierają jedynie powszechność ewolucyjnych uwarunkowań osób płci męskiej do agresji i przemocy wobec kobiet. Nie rozważają natomiast możliwości, jakoby gwałcicielami byli jedynie psychopaci niezdolni do postawienia veta swym popędom (pragnieniom) – a więc faktycznie wolni od odpowiedzialności, mimo wewnętrznego zła samego czynu. Owi filozofowie odrzucają tę możliwość, powołując się na fakt gwałtów wojennych – sytuacji, kiedy gwałt staje się zjawiskiem powszechnym i nie uzależnionym np. od statusu społecznego, zdrowia psychicznego, wieku gwałciciela – jedynym działającym czynnikiem staje się negatywny obraz męskości, spotęgowany przez wydarzenia wojenne. Autorzy opierają się na danych zgromadzonych na temat gwałtów na bośniackich muzułmankach w czasie wojny na terenach byłej Jugosławii. Prócz wymienionych, odrzucanych przez Larry’ego Maya i Roberta Strikwerda możliwości, pozostaje opcja, jakoby odpowiedzialne były kobiety – ofiary. Nie chce mi się o tym pisać, jeśli ktoś bierze na poważnie taką opcję, zapraszam do komentowania :).


Zdaniem filozofów, mężczyźni ponoszą zbiorową dystrybutywną odpowiedzialność za gwałt jako grupa, której członkowie mają wiele wspólnych cech, tworząc tak zwaną „kulturę męską”, którą niemal utożsamia się z „kulturą gwałtu” (to drugie pojęcie jest węższe). Dystrybutywną, bo mężczyźni są grupą zbyt amorficzną, by móc działać jako zorganizowana instytucja; niektóre feministki próbują mówić o „patriarchacie”. Z niedystrybutywną mamy do czynienia np. w przypadku armii serbskiej, w sposób systematyczny i zorganizowany w ramach działań wojennych przeprowadzająca akcję gwałcenia muzułmańskich kobiet. „Kultura męska” to zespół norm, postaw i zachowań właściwych mężczyznom, przyswajany w toku socjalizacji. Nawet niedobrowolne uczestnictwo w „kulturze gwałtu” nakłada na mężczyzn odpowiedzialność, która pociąga za sobą bądź winę, bądź zobowiązanie do czynnego przeciwdziałania negatywnym wzorcom męskości. Nie robią tego, gdyż czerpią korzyści z podtrzymywania obecnej sytuacji: kobiety są zmuszone do poczucia zależności od mężczyzn – obrońców przed gwałcicielami. A więc wychodzimy tutaj z przesłanki tylko pozornie empirycznej, o funkcjonowaniu i odpowiedzialności twórców tzw. kultury gwałtu – i myślę, że właśnie nad tym pojęciem należałoby się pochylić w krytyce stanowiska.


Najprostszy wysuwany zarzut brzmi: czy w innych kulturach tudzież w okresie przed wykształceniem się kultury zbliżonej do naszej – kultury zachodniej – gwałty nie występowały? Sięgamy do Księgi Rodzaju i już mamy córki Lota gwałcące swojego ojca, który uprzednio chciał wydać je na zbiorowy gwałt rozochoconych Sodomitów, którzy jednak woleliby zgwałcić goszczących u Lota aniołów – te wszystkie popędy nie mogły mieć źródeł we współcześnie rozumianych negatywnych wzorcach społecznych. A więc jest niemal pełen zestaw: 1. gwałt mężczyzny na mężczyźnie, 2. mężczyzny na kobiecie, 3. kobiety na mężczyźnie – i kazirodztwo gratis (żałuję, lecz córki Lota nie gwałciły się nawzajem – wówczas byłby komplet). Ale mało tego, ze zjawiskiem gwałtu spotykamy się także wśród zwierząt. Ja dotarłam do dwóch przykładów: małp człekokształtnych (rezusów i bodaj szympansów) i – uwaga – zdarzają się ponoć gwałty wśród morsów. „Kultura gwałtu” wśród rezusów i negatywne wzorce socjalizacyjne agresywnych morsów…? Brzmi mało wiarygodnie. (Tyle tylko, że żeby mówić o gwałtach u zwierząt, trzeba by domniemywać wolę seksu, a nie tylko instynkt).


Skoro jednak gwałt nie jest wykwitem danej kultury, owocem procesu socjalizacji, jak wytłumaczyć współcześnie fakt istnienia społeczeństw od tego problemu wolnych? W odpowiedzi można np. odwołać się do niewystarczającej znajomości mechanizmów nimi rządzących – brak gwałtów może wynikać np. z nieadekwatnie surowej i zawsze egzekwowanej kary, której perspektywa stłumiła popęd u skłonnych do gwałtu w innych warunkach jednostek. Ponadto warto zwrócić uwagę na inną rzucającą się w oczy niedoskonałość chwytliwej argumentacji przemawiającej za „normalnością” gwałciciela – przedstawiciela kultury. Podawałam za Robertem Strikwerda i Mayem przykład gwałtów w Bośni – tymczasem gwałty popełniane w czasie wojen odbywają się przede wszystkim na kobietach należących do wrogiego narodu – są aktem przemocy, mającej na celu zaatakowanie pewnej grupy społecznej: mężczyzn i kobiety po równi. Gwałcąc kobiety, poniżają ich mężczyzn (żywych lub nie). Trudno wnioskować o normalności gwałciciela na podstawie sytuacji znajdującej się daleko poza granicami normy – wojna jest czasem, gdy zarówno mężczyźni, jak i kobiety niejednokrotnie pozbywają się nabytych w procesie socjalizacji barier, uniemożliwiających dokonywanie aktów przemocy.


Z drugiej jednak strony, nie możemy uznać gwałtu za prosty akt przemocy, jak głosi tzw. feministyczna teoria gwałtu. Niektóre badaczki ze środowisk feministycznych dowodzą, że motywem gwałtu nie jest pociąg seksualny, lecz potrzeba dominacji nad ofiarą, udowodnienia, że się ma nad nią władzę, i poniżenia jej (Brownmiller). Natomiast niewątpliwie gwałt jest zawsze aktem przemocy z punktu widzenia ofiary, a nie – aktem seksualnym. Istotne jest, że dane na temat gwałtów i innych aktów przemocy drastycznie się różnią. Przykładowo podczas gdy morderstwa spotykają kobiety z grupy wiekowej 30-55 lat, gwałty dokonywane są głównie na tych w wieku reprodukcyjnym – w wieku od 20 do 30 lat, osoby po pięćdziesiątce stanowią mniej niż 5%. Na marginesie: u większości gwałcicieli czynnikiem warunkującym pobudzenie jest bodziec seksualny, nie sam akt przemocy. Pozostali prawdopodobnie należą do sadystów seksualnych.


„Pozdrówcie swojego prezydenta! Dziesięć kobiet zgwałcił. Wszyscy mu zazdrościmy! Nigdy bym się tego po nim nie spodziewał. Okazał się takim silnym mężczyzną” – to słowa Władimira Putina, wypowiedziane podczas spotkania z premierem Izraela (Ehudem Olmertem), na temat prezydenta Izraela – Mosze Kacawa – oskarżonego o molestowanie seksualne 8 podwładnych i gwałt na 2 kolejnych (za: GW, 20.10.2006). Zgromadzeni przyjęli „dowcip” śmiechem. Jeszcze jeden przykład specyficznego poczucia humoru: grupa studentów Uniwersytetu Cornella opublikowała w Internecie „Top 75 reasons why women (bitches) should not have freedom of speech”. Jeden z powodów brzmiał: „If she can't speak, she can't cry rape”. Jeszcze żarty czy już promowanie przemocy seksualnej…?


Jeśli nawet nie wszyscy mężczyźni odpowiedzialni są za czyny popełniane bezpośrednio przez gwałcicieli, to jednak wielu mężczyzn może być współwinnych wspierania przemocy seksualnej, choćby w sposób bierny – są współodpowiedzialni za czyny popełniane przez mówiących o gwałcie, czynnie lub milcząco popierając ideę przemocy wobec kobiet – jeśli nawet już nie samą przemoc. Gdyby Strikwerda z Mayem ostatecznie udowodnili – póki co, jak się wydaje, wątpliwą – grupową odpowiedzialność mężczyzn za popełniane gwałty, wówczas mężczyźni byliby zobowiązani do czynnego przeciwdziałania przemocy seksualnej. Jeśli jednak samo mówienie w sposób budzący zalążki nienawiści o kobietach – obiektach seksualnych – uzna się za złe nawet wtedy, gdy samych aktów przemocy nie wywołuje, wówczas odpowiadanie milczeniem tudzież śmianie się z promujących stereotypy dowcipów również jest złe. Winy mężczyzn nie zmyłaby w takim razie nawet sytuacja, gdy częstotliwość gwałtów spadłaby do zera. Owe zdania warunkowe w żadnym razie nie wskazują faktycznego winnego, a jedynie próbują rozjaśnić pewne zależności. Tym okrągłym zdaniem skończyć mogłam referat, ale trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć, że owszem – wskazują :P. P.S. Ach, i zrezygnowałam z tego "anonimowego" Z.S., bo to jednak - jak się okazało - bezcelowe było ;)

31 May 2010

27 May 2010

Co robi człowiek ze swym "stylem życia"?

Przy okazji kserowania notatek z wykładów rozstrzygnęliśmy dzisiaj (niżej podpisany oraz tajemnicza Z.S.) dwie ważkie kwestie: Czym jest filozofia? Czym jest etyka?

Teza naszej półminutowej debaty głosi:

Filozofia jest opisem/analizą stylu życia człowieka, zaś etyka jest próbą jego [stylu życia] zracjonalizowania/usprawiedliwienia.

Przy odpowiednim zdefiniowaniu pojęcia "styl życia" powyższa teza może okazać się interesująca, a niewykluczone, że nawet trywialna :]

Od najdawniejszych czasów - bezimiennych pierwszych ludzkich mędrców - przez wszystkie wieki aż do dzisiaj, filozof próbuje opisać zmagania człowieka z rzeczywistością. I tylko tyle. W pewnym przeciwieństwie do tego, etyk poszukuje racji usprawiedliwiających - a poprzez to racjonalizujących - określone zachowania ludzi.

Przez "styl życia" człowieka możemy rozumieć - ujmując rzecz w pewnym uproszczeniu - właściwy dla niego sposób odnajdywania się w rzeczywistości.

Co ciekawe, ludzka skłonność do analizy i usprawiedliwiania nie przeczy tak rozumianemu "stylowi życia", lecz pod niego podpada.

11 May 2010

kilka uwag nt Poppera i indukcji

Chciałabym rzucić szkic problemu, który poruszyliśmy na jednym ze spotkań Sekcji. Będzie to krótkie zarysowanie konturów zagadnienia, z pewnością pozostawiające wiele do doprecyzowania. Zakładam, że każdy wie, kto to był Popper :), jak rozwiązał problem indukcji, co to jest – z grubsza rzecz biorąc – falsyfikacja i koroboracja. Jeśli nie, to cóż – guglowanie nie boli :).

Popper właściwie całe życie zmieniał poglądy metodologiczne – a przynajmniej odkąd je sformułował. Nie zmieniało się natomiast negatywne rozstrzygnięcie problemu indukcji. Jeszcze w LON można znaleźć fragmenty, w których pisał, że teorie naukowe nie są ani prawdziwe, ani fałszywe (chodzi o ich obiektywną cechę, bo poglądu, że prawdziwości nie możemy stwierdzić, również nie zmieniał). Poszukiwanie prawdy miało stanowić jedynie psychologiczny motyw działania poszczególnych uczonych – taka prywatna nadzieja. Pisał tak dlatego, że w tych 30. Latach – pracując nad LON – wiedział, że z klasycznym (korespondencyjnym) pojęciem prawdy wiążą się poważne trudności. Natomiast po napisaniu, a przed wydaniem, w roku 1934 spotkał w Pradze Tarskiego, który przywrócił mu wiarę w tę koncepcję. W późniejszych dziełach Popper pozwolił sobie pisać już bez krygowania się, że wiedza prawdziwa to ostateczny cel nauki (a nie samego naukowca). Tu już mamy pierwszy problem: co miał na myśli, pisząc od początku o fałszywości teorii, jak nie klasyczną koncepcję, której braki nie pozwalały mu pisać o prawdziwości? Ale to mało ważne, z oczywistych względów.

Przechodząc do rzeczy, wg Poppera prawda jest z założenia nieosiągalna w nauce, lecz konieczna jako idea regulatywna – do rozwoju nauki. Tu już wyłania się pytanie: czy to postulat jedynie moralny, czy metodologiczny? Celem nauki jest poszukiwanie teorii prawdzie najbliższej. I tu się właśnie pojawia kwestia kryterium wyboru hipotez. Lepsza teoria, nim zostanie poddana surowym testom, musi cechować się „potencjalną postępowością”; i to punkt wyjścia dla koroboracji. Popper teorię skoroborowaną uznaje za lepszą, a więc – bliższą prawdy, co określa mianem prawdoupodobnienia (w odróżnieniu od prawdopodobieństwa).

Dlaczego, na jakiej zasadzie wiążemy ze sobą te dwa pojęcia? Dlaczego uznajemy teorię skoroborowaną za lepszą? Lepsza teoria to ta, co do której mamy nadzieje, że lepiej będzie sprawować się w przyszłych testach – tę nadzieję oczywiście możemy cały czas uznawać za nieuprawnioną czy nieudowodnioną, bez określonego prawdopodobieństwa, ale jest ona zupełnie oczywistą konsekwencją. Gdzie mamy wnioskowanie z przeszłości o przyszłości na podstawie powtarzających się przypadków? W indukcjonizmie.

Czyli mamy dwa etapy. Bierzemy teorię, która nam się np. przyśniła, i usilnie, krytycznie sprawdzamy – to jest ok, to jest owa racjonalność krytyczna, postulat moralny, nie ma się czego przyczepić. I etap drugi – stwierdzamy, że teoria przetrzymała ileś surowych testów, a więc jest warta przyjęcia, a nadzieja uznania ją za podobną do prawdy – uzasadniona. I to jest właśnie moment, który uznawany jest za „indukcjonizm w przebraniu”, bo koroboracja nigdy przecież nie jest zupełna.

Z prawdoupodobnieniem wpadamy w indukcjonizm, bez niego – np. w instrumentalizm. Czy nie ma innego wyjścia? Czy raport z rzetelnej krytycznej dyskusji o hipotezie określa jedynie stopień racjonalności wiary naukowca w nią?

Natomiast jeszcze o problemie wnioskowania z przeszłości o przyszłości. Popper pytanie, czy przeszłość będzie podobna do przyszłości, potrafił zbyć jednym zdaniem: „po części tak, po części nie” – dowodzącym raczej, że chwilowo niewiele pamiętał, o co w problemie chodziło. Innym razem pisał o trywialności założenia niezmiennych praw natury po stronie świata, czyli o „jednolitości natury” – jak to nazywał, o trywialności założenia istnienia pewnych abstrakcyjnych związków, w momencie, gdy nie wiemy, co to za związki. Przede wszystkim ta stabilność świata to klasyczna teza metafizyczna, tzn. nie można wyobrazić sobie przypadku, który by ją falsyfikował, a równocześnie jest sensowna, bo jest krytykowalna, próbuje mówić coś o świecie i przydaje się nauce. To „konieczna nadzieja [która] nie jest wiedzą obiektywną” – tak pisał. Wiemy, że Popper uważał, że indukcja nie istnieje. Jeden z zarzutów brzmi: jak w takim razie obronić poprawność rozumowań dedukcyjnych, jeśli nie przez indukcję? I Popper modele dedukcyjnego myślenia również uznaje za hipotezy. Pisze, że dedukcję uznajemy za poprawną, jeśli nie istnieje dla niej kontrprzykład, a mamy to sprawdzać „obiektywnie i krytycznie” – czyli znowu postulat moralny.

Można powiedzieć w obronie prawdoupodobnienia: Popper nie chce, by uzasadniać teorię, a jedynie sam akt preferencji, tylko że to jest najzupełniej oczywiste i niczego nie rozwiązuje. To samo można by powiedzieć w przypadku metody indukcyjnej – że to jeszcze nie mówi o teorii, a o tym, dlaczego ją wybieramy. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Popper pisze np., że teorię uznaną za prawdoupodobnioną przyjmujemy w działaniu praktycznym (czyli takim, które oczekuje czegoś od świata w przyszłości ze względu na przeszłe testy) nawet nie ze względu na naszą wiarę w jej prawdziwość, a dlatego, że nie mamy nic lepszego – bliższego prawdy. Nie wiem, jak mógł uważać, że to cokolwiek wyjaśnia – to nawet nie błędne koło, a to samo przez to samo.

Ja na tym skończę, przypomnę tylko kilka problemów. Najprostszy brzmi: 1. Dlaczego należy przyjąć lepiej sprawdzone hipotezy? 2. Czy koroboracja jest jedynie indukcyjnym potwierdzaniem teorii przez wielokrotne, przeszłe, nieudane próby obalenia? 3. Czy to jest jeszcze metodologia, czy tylko postulaty moralne?

(Opracowując temat korzystałam z Chmielewskiego „Filozofii Poppera…”, z Sadego, no i oczywiście parę razy zajrzałam do samego Poppera ;) – głównie chodzi o „Wiedzę obiektywną”, „Logikę odkrycia naukowego” oraz „Nieustanne poszukiwania”).

28 April 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 3)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
http://www.rbb-online.de/zurperson/interview_archiv/arendt_hannah.html
Tłumaczenie własne.

GG: Zagadnienia teorii polityki, wraz z tematem politycznych zachowań i działań, zajmują dzisiaj centralne miejsce w Pani pracy. Wobec takiego stanu rzeczy, wydaje mi się niezwykle interesującą wymiana listów, która miała miejsce między Panią a Profesorem Scholemem. Tam napisała Pani, jeśli mogę zacytować, że "w młodości nie interesowała się ani polityką, ani historią". Wyemigrowała Pani z Niemiec, Pani Arendt, jako Żydówka w 1933 roku. W tamtym czasie miała Pani 26 lat. Czy to, iż zajęła się Pani zawodowo polityką, wbrew wcześniejszemu brakowi zainteresowania, było związane z tym faktem?

HA: Oczywiście. W roku 33 brak zainteresowania nie był już możliwy. Wcześniej zresztą też nie.

GG: Obudziło się też wcześniej i Pani zainteresowanie?

HA: Tak, naturalnie. Z napięciem czytałam gazety. Miałam swoje poglądy. Nie należałam do żadnej partii, nie miałam takiej potrzeby. Od roku 31 byłam mocno zaskoczona faktem, że naziści mogli dojść do sterów. Stale dyskutowałam z innymi ludźmi o powstałym problemie. Systematycznie zajęłam się jednak tymi kwestiami właściwie dopiero na emigracji.

GG: Mam dodatkowe pytanie wobec tego, co teraz Pani powiedziała. Nawiązując do zaskoczenia w roku 1931, gdy dojściu do władzy nazistów nie można już było zapobiec, nie czuła Pani potrzeby, by się aktywnie przeciwstawić, np. zapisać się do jakiejś partii - czy nie uważała Pani tego za sensowne?

HA: Ja osobiście nie miałam tego za sensowne. Gdybym za takie to uznała - to wszystko jest trudne teraz do opowiedzenia z pamięci - zapewne coś bym zrobiła. Uważałam to za beznadziejne.

GG: Czy jest w Pani pamięci jakieś specjalne zdarzenie, które pozwoliłoby określić czas Pani zwrotu ku polityce?

HA: Mogę tak nazwać 27 lutego 1933 roku, płonący Reichstag oraz pierwsze nielegalne aresztowania tej samej nocy. Ten tak zwany areszt ochronny (Schutzhaft). Wie Pan, ludzie trafiali do piwnicy Gestapo lub obozów koncentracyjnych. Co się tam działo, było potworne, dziś często przyćmiewają to późniejsze sprawy. To był dla mnie bezpośredni szok, od tego momentu poczułam się też odpowiedzialna. Co znaczy, że nie podzielałam więcej zdania, iż można w obecnej sytuacji jedynie obserwować. Starałam się pomóc w różnych rzeczach. Ale to, co mnie ostatecznie z Niemiec wygnało - jeśli powinnam to opowiadać... Nigdy tego nie mówiłam, ponieważ jest całkiem bagatelne...

...

25 April 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 2)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
http://www.rbb-online.de/zurperson/interview_archiv/arendt_hannah.html
Tłumaczenie własne.


GG: Pani praca - z pewnością jeszcze dojdziemy do szczegółów - jest w znacznej części nakierowana na poznanie warunków, w jakich ma miejsce polityczna działalność oraz polityczne zachowanie. Chciałaby Pani szeroko oddziaływać poprzez swoje dzieła? Czy - być może - nie wierzy Pani, iż takowy wpływ jest w dzisiejszych czasach w ogóle możliwy? A może upowszechnienie się tych myśli, postrzegane jest przez Panią jedynie jako efektem uboczny?

HA: Wie Pan, to jest ponownie taka sprawa. Jeśli mam mówić szczerze, to gdy pracuję, nie jestem zainteresowana własnym oddziaływaniem.

GG: A gdy praca jest gotowa?

HA: Tak, wtedy ja zakończyłam swoją część. Dla mnie jest jedna najbardziej istotna kwestia: ja muszę rozumieć. Do rozumienia zaliczam w tym przypadku również pisanie. Pisanie jest częścią procesu zrozumienia.

GG: Gdy Pani pisze, służy to Pani własnemu, lepszemu poznaniu?

HA: Tak, gdyż w tym momencie pewne rzeczy są jasno przyporządkowane. Wyobraźmy sobie, że człowiek miałby doskonałą pamięć, taką, że mógłby zapamiętać faktycznie wszystko, o czym myśli. Wątpię, znając swoje lenistwo, żebym w takiej sytuacji cokolwiek notowała.
Co jednak uważam za konieczne, to sam proces myślenia. Jeśli mam z takim do czynienia, osobiście jestem zadowolona. Jeśli udaje mi się do tego, podczas pisania wyrażać się adekwatnie, ponownie jestem zadowolona.
Pyta Pan o oddziaływanie. Jest to - jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę ironii - bardzo męskie pytanie. To mężczyźni szalenie chętnie wywierają wpływ; ja widzę to poniekąd z zewnątrz. Moje własne oddziaływanie? Nie, ja pragnę rozumieć. I gdy inni ludzie rozumieją pewne sprawy tak samo, w tym samym sensie, jak ja je pojęłam - daje mi to rodzaj wyzwolenia, jak uczucie bycia w rodzinnych stronach.

GG: Pisze Pani lekko, formułuje Pani lekko zdania?

HA: Czasami tak, czasami nie. Ale ogólnie mogę powiedzieć, że nie piszę nigdy bez tzw. przepisywania.

GG: Po uprzednim przemyśleniu?

HA: Tak. Wiem dokładnie, co chcę napisać. Wcześniej nie piszę. Najczęściej spisuję jedynie notatki. To idzie stosunkowo prędko, gdyż uzależniona jestem właściwie jedynie od własnego tempa pisania na maszynie.

...

24 April 2010

Hannah Arendt: O prawdzie i polityce (cz. 1)

Günter Gaus w wywiadzie z Hannah Arendt, ZDF, 28.10. 1964
H. Arendt, Von Wahrheit und Politik. Interview und Vortraege, Der Hoerverlag. Tłumaczenie ze słuchu, własne.

GG: Pani Arendt, jest Pani pierwszą kobietą, która będzie sportretowana w ramach tego cyklu. Pierwszą kobietą, która zgodnie z powszechnie panującym wyobrażeniem, uprawia męski zawód - jest Pani filozofem (Philosophin). Nawiązując do tego spostrzeżenia, przejdę do pierwszego pytania: uważa Pani swoją rolę w kręgu filozofów, pomimo uznania oraz szacunku jakim jest Pani darzona, jako pewną osobliwość? Czy dotykamy tym samym tematu emancypacji, który dla Pani jako taki nigdy nie istniał?

HA: Obawiam się, że muszę na początku zaprotestować. Nie należę do grona filozofów. Moim zawodem, jeśli można w ten sposób o tym mówić, jest teoria polityki. Nie czuję się w żadnym wypadku filozofem, nie jestem nim i jak sądzę, nie jestem też do tego kręgu zaliczana - wbrew Pańskiemu uprzejmemu stwierdzeniu.
Ale zajmijmy się drugim pytaniem, które pojawiło się w Pańskiej uwadze. Powiedział Pan, że jest to zajęcie powszechnie uznawane za męskie, co jednak nie znaczy, że musi takim pozostać. Może tak być z pewnością, że kobieta kiedyś zostanie filozofem.

GG: Ja właśnie miałem Panią za taką.

HA: Tak, przeciwko temu nic nie mogę zrobić. Ja sama jednak pozostaję innego zdania - według mnie nie jestem filozofem. Moim zdaniem traktuję filozofię całkowicie instrumentalnie. Studiowałam ją, jak Pan wie, nie oznacza to jednak, że przy filozofii pozostałam.

GG: Cieszę się, że doszliśmy do tego punktu. Chciałbym wiedzieć więc, gdzie widzi Pani różnicę pomiędzy filozofią polityki a swoją pracą jako profesora od teorii politycznej? Gdy myślę nad serią Pani dzieł, nad "Vita activa", pragnę pomimo wszystko wpisywać Panią w rubryce "filozof". Przynajmniej tak długo, póki nie wskaże Pani własnego rozumienia linii granicznej przebiegającej pomiędzy tymi obszarami - o co teraz Panią proszę.

HA: Różnica tkwi w rzeczy samej w sobie. Wyrażenie "filozofia polityki", którego ja unikam, to wyrażenie obciążone balastem wynikającym z tradycji. Gdy o tych sprawach mówię, w tonie akademickim czy też nie, wspominam zawsze, że pomiędzy filozofią oraz polityką istnieje rodzaj napięcia. Mianowicie pomiędzy człowiekiem filozofującym oraz pomiędzy człowiekiem, działającą istotą, istnieje napięcie, które w tym znaczeniu w filozofii przyrody nie występuje. Filozof stoi wobec natury jak wszyscy pozostali ludzie. Gdy się nad nią zastanawia, mówi w imieniu całej ludzkości - nie pozostaje politycznie neutralnym, przynajmniej nie od czasów Platona.

GG: Rozumiem...

HA: Większość filozofów - wyjąwszy jedynie kilku, wyjąwszy Kanta - przejawia wiele wrogości wobec polityki. Wrogości, która jest wyjątkowo ważna dla całości, gdyż nie stanowi jednostkowego, personalnego problemu, a odnosi się do istoty samej rzeczy.

GG: Pragnie Pani uniknąć postawy wrogości wobec polityki, gdyż mogłaby ona obciążać Pani pracę?

HA: Nie chcę przyjmować postawy wrogości, co oznacza, że chcę widzieć politykę w pewnym sensie niezmąconym przez filozofię wzrokiem.

GG: Rozumiem. Jeszcze raz wracając do tematu emancypacji, był to dla Pani problem?

HA: Tego typu problemy naturalnie pojawiają się zawsze, choć ja właściwie jestem staromodna. Zawsze byłam zdania, że istnieją zajęcia, które nie są szykowne dla kobiet, nie przystoją im - jeśli mogę się tak wyrazić. Nie wygląda dobrze, gdy kobieta rozkazuje, powinna ona unikać znalezienia się w takiej pozycji, jeśli pragnie zachować kobiece wartości. Czy mam w tym wypadku rację czy nie - nie wiem. Ja sama skierowałam się w tym kierunku dość nieświadomie. Ten problem (emancypacji) prywatnie nie grał dla mnie żadnej roli. Ja po prostu robiłam to, co robić chciałam. Nigdy nie zastanawiałam się, czy kobieta powinna robić coś, co normalnie robią mężczyźni. Osobiście ten temat mnie nigdy nie poruszał.

...

Wywiad jest dostępny tutaj

18 April 2010

G. Schwan i społeczeństwo obywatelskie

"Rola społeczeństwa obywatelskiego oraz społecznych zaangażowań wolontariackich w Europie Środkowej i Wschodniej", spotkanie z Prof. Dr Gesine Schwan, Schwarzkopf-Stiftung i GFPS e.V. ( 16.04.2010)


Gesine Schwan - z wykształcenia politolog, filozof oraz historyk, obecnie aktywny niemiecki polityk (SPD), pełnomocnik rządu ds. Polski.

Kilka sformułowanych przez Schwan myśli:
  • społeczeństwom dopiero zmierzającym ku modelowi społeczeństwa obywatelskiego, szczególnie w fazie transformacji ustrojowych w państwie czy też zaraz po nich, potrzebne są oddolne ruchy społeczno-polityczne, problem tkwi jednak w tym, że nie ma ich tradycji;
  • wszelkie podejmowane inicjatywy: charytatywne, sportowe, społeczne, proekologiczne itp. są wyrazem dojrzałości pewnego środowiska, grupy. W społeczeństwie obywatelskim kluczową rolę odgrywają zaangażowania polityczne - to właśnie one są miernikiem dojrzałości oraz samoświadomości obywateli;
  • autonomiczność i autentyczność ruchów społecznych jest ważnym faktorem, a staje w obecnych czasach coraz częściej pod znakiem zapytania. Każdorazowo muszą padać pytania o źródła finansowania oraz ewentualne grupy interesów, które mogłyby zyskać przy promocji danych idei.
Uno verbo
Jeśli przyjąć, że demokracja jest zestawieniem pewnej racjonalności z politycznym porządkiem [NIDA-RUEMELIN, 205], to możemy uznać iż zaangażowania społeczno-polityczne konkretnych jednostek stanowią przejaw racjonalności indywidualnej, a społeczeństwo obywatelskie jest wyrazem racjonalności kolektywnej.

NIDA-RUEMELIN: J. Nida-Ruemelin, Politische Philosophie der Gegenwart. Rationalitaet und politische Ordnung, Paderborn 2009.