27 March 2011

Ist Politik ohne Lüge möglich? (Diskussion)

Schon Thukydiedes hat gesagt, dass nicht nur dieser, der uns zur bösen Sachen überreden will, einen Kniff nutzen muss, aber auch dieser, der gute und nutzbare Ratschläge gibt, lügen muss, um das Vertrauen des Volkes zu gewinnen. Gehört die Lüge zu den notwendigen Faktoren in der Politik?

Das Gespräch mit Andreas Lorek (Fragment), Workshop: Wahrheit und Politik. Über die Lüge in der öffentlichen Diskussion, Berlin den 05.03.2011.




Weiteren Fragen des Interviews:
  • Ist die Lüge manchmal der effektivste und einfachste Art und Weise der politischen Wirkung? Durch Lügen kann man ein "gutes" Ziel erreichen, ohne etwas  erklären zu müssen. Diese Erläuterungen könnten falsch verstanden werden oder die staatlichen Geheimnise könnten dabei verletzt werden.
  • Gehört die Lüge zu dem Beruf "Politiker/Politikerin" - genau wie zu solchen Berufen wie: Schauspieler, Spion-Agent oder Anwalt?
  • Wird die Liebe zur Wahrheit auch von Politikern als politischer Wert betrachtet? Ist das unerfüllte Wahlversprechen  überhaupt als die Lüge wahrgenommen oder gehört es nur zu Methoden der typischen politischen Wirkung?
  • Sind die politische Tätigkeit und das Engagement  mit dem Begriff ethische Verantwortung in der Welt der Politik verbunden? Ist der Politiker, der lügt, bewusst dessen und darauf vorbereitet, die eventuellen Nachwirkungen zu übernehmen?

Ist Politik ohne Lüge möglich? (Mini-Umfrage)

22 February 2011

Czy perfekcjonizm może boleć?

-->Nie czyńmy życia bardziej nudnym, niż jest.

Oficjalna interpretacja Hymnu o Miłości św. Pawła sugeruje, iż miłości idealnej, samospełnienia człowiek na ziemi nie osiągnie. Nieoficjalne, najczęściej zsekularyzowane interpretacje zwykle usilnie polemizują z tą pierwszą. Czy naprawdę o to idzie? Czy perfekcjonizm i doskonałość są na tyle atrakcyjne, by poświęcać im swoje życie? Czy nie krzywdzimy drugiego, polerując swój wizerunek, ustawicznie go ulepszając; kompulsywnie uważając, by ktoś nie odkrył naszej słabości? Dlaczego się siebie wstydzimy?


Abstrahując od wyjaśnień stricte psychologicznych względnie psychoanalitycznych, uważam, iż dążenie to implikowane jest lękiem człowieka. Boimy się braku akceptacji, odrzucenia, krytyki, wyśmiania. Jesteśmy wrażliwi – boimy się bólu. Im bardziej perfekcyjni, tym mnie narażeni na niebezpieczeństwa czyhające na nasze ego. Im więcej znamy metod na udoskonalenie siebie, tym pewniejsi jesteśmy. Im bardziej jesteśmy doskonali, tym mniej ufamy innym, tym rzadziej wierzymy, że są okazje, kiedy możemy być sobą, kiedy mamy możliwość pełnić najbliższą nam rolę społeczną – nas samych. Tak bardzo jesteśmy przekonani o magicznej sile ideału, że z czasem oczekujemy go od innych. Anonse matrymonialne: „Poszukuję takiej, o takich, z takimi”, profile internetowe: „Jestem taka, taka i tylko taka”, seminarium duchowne: „Dla tych, tamtych, ale dla nich nie”, życie wieczne: „Wyłącznie dla was, ale pod warunkiem…”. Co się dzieje, kiedy dziwnym trafem nie znajdujemy ideału lub gdy ktoś odkryje, że jesteśmy zwyczajni? Złość, gniew, zaprzeczenie, zrównanie z ziemią, smutek, zdziwienie, nierozumienie… Czy perfekcjonizm może boleć? Może. Bardzo. Czy można kochać/ lubić kogoś za to, jaki jest naprawdę? Można. Bardzo. Czerpmy z filozofii…

Tadeusz Bartoś w wielu swoich publikacjach nawiązuje do wizji świata zaproponowanej przez Tomasza z Akwinu[1]. Opisywał on Boga jako największą Wolność i Miłość. Miłość w tym sensie, że daje człowiekowi wszystko i nic Go w tej materii nie ogranicza. Wolność zaś, którą się w tym działaniu kieruje, ma zachęcić człowieka do szukania prawdy na własną rękę, bez podporządkowywania się innym. Tomasz uważał, że wszystko co robimy, jest implikowane dobrem ogólnym, które nas niejako przyciąga. Jednocześnie posiadamy wrodzony dar podejmowania autonomicznych decyzji, które in re mają owo dobro mnożyć. Tomasz twierdzi, że tylko ci są wolni, którzy dokonują samodzielnych wyborów – ten atrybut upodabnia ich do Boga. Jak pisze Bartoś, nawiązując do Leszka Kołakowskiego: „Człowiek nie może być wolny, jeśli zasadą jego postępowania nie jest jego sumienie, a jedynie przyjęte z góry zasady jakiegoś kodeksu etycznego (…). Tak bowiem może być ukształtowana raczej bezmyślność, ślepe i bierne posłuszeństwo, życiowa reaktywność”[2]. A czymże innym jest perfekcjonizm, jak nie wyłącznie zastosowanym algorytmem?... A czymże innym jest doskonałe życie, jak nie wyłącznie nudną egzystencją?...


„Bieg życia ludzkiego jest wytyczony, droga natury jest jedna i prosta; w każdym okresie życia człowiek ma inne, właściwe wiekowi cechy: jako dziecko jest nieporadny, w młodości – śmiały i porywczy, w wieku męskim nabiera już powagi, na starość staje się w pełni dojrzały”[3]. Dojrzały nie znaczy doskonały. Pamiętać o złotym środku

Żyjesz czy tylko oddychasz?


Nie czyńmy zatem życia bardziej nudnym i bolesnym, niż jest. Na zdrowie!


patrycja.kniejska@onet.eu


[1] Zob. T. Bartoś, Metafizyczny pejzaż: świat według Tomasza z Akwinu, Homini, Kraków 2006, s. 48-83.
[2] Idem, Wolność, równość, katolicyzm, W.A.B., Warszawa 2007, s. 82.
-->

08 February 2011

Potrzebne są parytety!

Dostałem na ulicy gazetkę "Dlaczego?", nr 2 (126), luty 2011. Artykuł z pierwszej strony: "Jak zdobyć fortunę przed trzydziestką?" (s. 23-33).

Najpierw "Polska liga młodych bogaczy":

M. Popowicz, M. Gralewski, D. Bratko, M. Sadowski, M. Zawisza, M. Matyjaszczyk, K. Cebulski, B. Farjaszewski, A. Drózd.
Następnie "Światowa ekstraklasa młodych krezusów":

M. Zuckerberg, J. Kushner, D. Moskovitz, F. Hariri, A. Mason, E. Saverin, B. Ross, J. Larkins, A. Tew.

Dostrzegam pewną prawidłowość. Sami mężczyźni. (może coś przegapiłem i artykuł miał być o mężczyznach - choć nigdzie nie znalazłem wzmianki na ten temat...)

Wnioski?

Potrzebne są parytety! ;)

01 February 2011

Funkcja matury

Słyszę dziś rano w telewizji, że wiedza potrzebna do zdania matury jest nieprzydatna w życiu. Z drugiej strony, dorośli ludzie nie posiadają elementarnych wiadomości wymaganych od maturzysty. Jedno i drugie sformułowane było w konwencji zarzutu - że taka matura jest niepotrzebna, że powinny wrócić egzaminy wstępne na studia itd. (to tak w skrócie i nieco chaotycznie - ale chyba czujecie, o co chodzi).

To jakieś kompletne nieporozumienie. Wynika z niezrozumienia funkcji matury. Matura nie jest sprawdzianem wiadomości niezbędnych do normalnego życia. Taką wiedzę i umiejętności nabywa się w przedszkolu i pierwszych klasach szkoły podstawowej: czytanie, pisanie, liczenie, robienie kanapek, posługiwanie się igłą i nitką itd. Matura pełni zupełnie inną funkcję. Jak słusznie się mówi, jest to "egzamin dojrzałości" - dodałbym: intelektualnej. Egzamin, który ma zweryfikować: (1) umiejętność celowego przyswojenia sobie pewnego zakresu informacji oraz (2) wykorzystanie go do rozwiązania określonych problemów w sferze pojęć (zadania maturalne). I tylko tyle!

Potem spokojnie można TO wszystko zapomnieć. Ale uwaga: pytanie, CO się zapomina? Zapominamy informacje, konkrety podstawione w miejsce zmiennej: to że w tym-a-tym roku jakiś tam król się koronował, że ten-a-ten bohater epopei powiedział to-a-to, itd. Nie pozbywamy się natomiast dobrze wypracowanych umiejętności: strategii świadomego uczenia się, cierpliwości, organizowania czasu, przetwarzania informacji, odtwarzania teoretycznej wiedzy w sytuacjach praktycznych itd.

Wychodząc z tego założenia wyjaśnia się, czemu ważna jest matura z matematyki - tutaj ćwiczy się właśnie sposób rozumowania na płaszczyźnie abstrakcji.
Po drugie wyjaśnia się, czemu matura jest ważnym sprawdzianem dla osób mających aspiracje, aby studiować na uczelni wyższej. Osoby, które nie nabędą ww. umiejętności na dostatecznym maturalnym poziomie, mogą sobie po prostu nie dać rady z kilkoma/kilkunastoma takimi "maturami" w czasie sesji egzaminacyjnej. Chodzi rzecz jasna o umiejętność nauczenia się - in abstracto - czegokolwiek, a nie o konkretną wiedzę z danej dziedziny.
Po trzecie zarzut, że wiedza maturalna nie jest przydatna w życiu, okazuje się bezsensowny, ponieważ konkretna WIEDZA nie ma tutaj żadnego znaczenia.

17 December 2010

Problemy taksonoma

Zapowiadałam, że wrzucę tutaj mój referat z naszej przewspaniałej Kołowej konferencji (www.racjonalnoscboga.pl), ale ów efekt trzygodzinnych zmagań intelektualnych spotkał się z na tyle dobrym odbiorem kilku osób, na których zdaniu mi zależy, że ostatecznie postanowiłam sobie machnąć jakiś publikowalny artykuł na ten temat (o Dawkinsie i antyteizmie). Stąd zastępczo – filozofia biologii. O tym, co poniżej, obiecywałam sobie napisać tekst od ponad dwóch lat – dzisiejsza notka jest dowodem na to, że moja wiara umarła.
Opowiem o problemach związanych z taksonomią (wyróżnianiem gatunków organizmów i ich klasyfikowaniem). Jednym z podstawowych problemów filozoficznych jest pytanie o sposób istnienia uniwersaliów. Zagadnienie ma swój odpowiednik w filozofii biologii. Trywializując, można spytać: świat składa się z rzeczy (organizmów) jednostkowych, dlaczego więc poznajemy poprzez rodzaje i gatunki?
Kwestia klasyfikacji we współczesnej biologii dla dyletanta wydaje się dość prosta: szukamy takiego systemu, który uwzględniając różnorodność organizmów (genealogię, wielkość zmiany ewolucyjnej, plan budowy ciała, zachowanie, sposób osiągania postaci dorosłej, budowę komórki itd.), bierze pod uwagę wygodę badacza, tzn. ułatwia dostęp do informacji i jest względnie stabilny. Tam, gdzie nie sięga metoda biologiczna, rozpoczyna się filozofia: czy podział na gatunki realnie tkwi w organizmach, czy jest jedynie wytworem biologa? A może istniał w zamyśle Bożym? Słowem: czy taksonomia jest twórcza, czy odtwórcza?
Arystoteles wyróżniał gatunki ze względu na istotę. Choć dziś biologia mówi, że każdy gatunek nieustannie się zmienia, ewoluuje i skazany jest na wyginięcie, to jednak spory o to, co wyróżnia nie tylko gatunki, ale też wyższe taksony, przypominają problemy, z jakimi borykali się filozofowie od Platona aż po dzień dzisiejszy. Przykładowo, rozważania, które z czynników biologicznych uznać za istotne przy podziale na gatunki i ich grupowaniu, o ile nie wynikają jedynie z postulowanego pragmatyzmu, wskazują na prezałożenie stanowiska zbliżonego do umiarkowanego realizmu. Można jako przykład podać różnice zdań między klasyfikacją ewolucyjną, która opiera się na kryterium genealogii i stopniu podobieństwa, fenetyką numeryczną, uwzględniającą tylko podobieństwo, oraz systemem kladystycznym.
Jeśli taksonom chce postawić na pierwszym miejscu kryterium praktyczności systemu, a założyć można, że nie ma złej woli (celowo nie uwzględniając tego, co naprawdę istotne), oznacza to, że nie wierzy w istnienie gatunków „realnie”; taksony mają być jedynie szufladkami umożliwiającymi zaprowadzenie porządku. To stanowisko przypomina nominalizm, lecz niewątpliwie bardzo stonowany: nie jest tożsame z radykalnym stwierdzeniem Roscelina, że istnieją tylko byty jednostkowe. Owe szufladki stworzone zostały przez taksonoma – umiarkowanego nominalistę, ale jedynie ostrość ich zarysu może być uznawana za sztuczny wytwór. Wszak trudno ująć w sztywne ramy cały ogrom zróżnicowania ożywionego świata, stąd postawienie praktyczności na miejscu pierwszym, a dopiero na kolejnych – realnych czynników biologicznych. Jako przykład klasyfikacji będącej jedynie metodą identyfikacji, która nie potrzebuje założenia realnego istnienia gatunków, można podać klasyfikację „z góry w dół” czy też klasyfikację celowo specyficzną.
Prócz umiarkowanych realistów i nominalistów zarysowuje się jeszcze jedno stanowisko. Zacznę od końca: spór kreacjonistów z ewolucjonistami powraca co jakiś czas nie tylko do świata nauki, ale i do medialnego półświatka. Biblia mówi, że Bóg stworzył świat, rośliny, zwierzęta, a w końcu – człowieka. Choć sprzeczność niektórych fragmentów Pisma z logiką a także zdrowym rozsądkiem nakazuje traktować biblijne wyjaśnienia pozornie związane z naukami przyrodniczymi jedynie metaforycznie, nie dla wszystkich jest to jasne. Podobnie dziś każdy biolog wie, że gatunki nie są czymś stałym – powstają i giną. Arystoteles wymieniał ponad pięćset istniejących na stałe gatunków, Linneusz – dziesięć tysięcy. Choć z łatwością uznamy te twierdzenia za fałszywe, to jednak trudniej jest wykazać wierzącemu filozofowi biologii sensowność poczynań chociażby Noego – skoro taksonomia odzwierciedla obecny, w miarę stabilny, ale niewątpliwie zmieniający się stan rzeczy, po cóż biedny patriarcha starał się uratować po parce z każdego gatunku, skoro i tak skazane były na wyginięcie? A co jeszcze ważniejsze: jakiego kryterium użył do ich odróżnienia? Wszak była to klasyfikacja Boska. Skoro Noe nie znał się na biologii, nie wiedział nic o ewolucji, za to miał pewność, że Bóg istnieje, to dla wierzących w Boga Starego Testamentu taksonomów oznacza, że gatunki muszą istnieć realnie, trwale i niezmiennie – przynajmniej w umyśle Bożym. Mogą wówczas ewoluować i zmieniać się, ale ich istota – pojęcie – już na zawsze istnieje, w Bogu jako niezmiennym. Bóg przyłożył istniejące w Jego umyśle nazwy do istniejących wówczas organizmów i pogrupował je tak, by Noe mógł uratować po parze z każdego zbioru. Słowem, z historii Noego dla wierzącego taksonoma wynika, że gatunki istnieją jako niezmienne pojęcia w umyśle Bożym. To stanowisko określimy mianem konceptualizmu.
W kwestii klasyfikacji biologicznej z pewnością kryje się wiele innych wartych poruszenia problemów filozoficznych, m.in. problem potocznej intuicji jako kryterium poznania: większość ludzi (nienaukowców) wciąż dzieli świat przyrody ożywionej na zwierzęta, rośliny i mikroorganizmy – i trudno ten podział po prostu zlekceważyć, jako z gruntu nieprawidłowy. (Przypomina się chociażby problem ukwiału, który powszechnie wciąż uznawany jest za roślinę – tymczasem w podręcznikach do pedagogiki umiejętność poprawnego odróżniania roślin od zwierząt zaliczana jest do fundamentalnych; należy ją nabyć przed szóstym rokiem życia). Inna kwestia: czy należy uwzględniać tradycję? A z drugiej strony, czy dostęp do informacji może być priorytetem w tworzeniu systemu – z jakiej racji? Czy taksonomia pozwala zrozumieć różnorodność biologiczną, czy też ją zubaża? Jeśli klasyfikujemy świat ożywiony, musi to wiązać się również z problemem granic życia. Ponadto czy kryteria zrozumienia świata i łatwego dostępu do informacji są kompatybilne? Aby mogły zgodnie współistnieć, konieczne jest, aby świat był nie tylko matematyzowalny (poznawalny, możliwy do uporządkowania przez poznający podmiot), ale wręcz matematyczny. Czy biologia dąży do nieosiągalnego ideału? Może ktoś podejmie któryś z tych problemów w kolejnej notce.
Opracowując, wykorzystałam:
  1. Fedorowicz Zygmunt, Zarys historii zoologii, Warszawa 1962.
  2. Margulis Lynn, Symbiotyczna planeta, Warszawa 2000.
  3. Mayr Ernst, To jest biologia, Warszawa 2002.
  4. Seńko Władysław, Jak rozumieć filozofię średniowieczną, Kęty 2001.
  5. Solomon–Berg–Martin–Villee, Biologia, Warszawa 1996.

10 December 2010

Ein paar Bildern (Gedanken) zur Philosophie der Politik






Vielen Dank für die Authoren: Klaus, Lukasz, Angela, Alex (Sascha).

08 October 2010

Gdzieś w okolicach Anzelma i dowodu ontologicznego

Wiem, że już kiedyś to wiedziałam, ale chwilowo znowu nie wiem. Zatem: dowód ontologiczny - fajna rzecz, prawda? Przypomnę - mamy to, ponad co nic większego nie można pomyśleć, a można pomyśleć coś większego od nieistniejącego, zatem Bóg istnieje (to najbardziej prymitywne i wulgarne streszczenie myśli Anzelma, jakie byłam w stanie sporządzić - i jestem z tego dumna :P). Ponieważ takie super-pojęcie i tak nam się w intelekcie nie mieści, stąd: tego, ponad co nic większego nie można pomyśleć, też zasadniczo nie można pomyśleć. Czyli: najlepsza rzecz, jaką możemy pomyśleć, a która nie jest Bogiem, też musi istnieć, bo jest to również to, ponad co nic większego nie można pomyśleć (bo tego większego nie można pomyśleć) - i stosujemy to samo rozumowanie, co na początku, z lepszym istniejącym niż nieistniejącym. A o tym właściwym tym, ponad co nic większego nie można pomyśleć, miałby pojęcie w zasadzie tylko Bóg - tylko on by wiedział, że istnieje i co to tak naprawdę oznacza. Zerknijmy teraz do umysłu głupiego z psalmu 13, czyli ateisty - on nie dysponuje pojęciem Boga, tylko co najwyżej nazwą. Wystarczająco dobre pojęcie Boga powoduje, że jego istnienie staje się niezaprzeczalną samooczywistością. W każdym razie, co się dzieje: najlepsza z rzeczy, które ateista sobie myśli, jest tym, ponad co nic większego nie może pomyśleć - czyli jest to np. choćby Gaunilonowa "wyspa szczęśliwa". I teraz jeśli pójdziemy ontologicznym nurtem intepretacji dowodu: to coś nie może nie istnieć, logicznym: ateista nie może myśleć o tym czymś jako nieistniejącym. Jeśli uznajemy, że nasze pojęcie Boga i tak nie jest właściwym pojęciem Boga - i do dowodu ontologicznego zadowalamy się tym, co mamy - w czym jest lepsza nasza skończoność od tej skończoności ateisty? W czym jest bliższa nieskończoności? Jeśli odczuwam pragnienie wody, to nie ugasi go ani dobra książka, ani jazda na rowerze. Odpowiedzią na pragnienie tego, co nieskończone (pragnienie w dowodzie jest czymś na kształt metody poznania Boga, jak mi się wydaje i o czym sobie właśnie piszę tekścik) może być zatem zarówno doskonała wyspa ateisty jak i to pojęcie Boga, którym dysponuje wierzący - równie nonsensowną odpowiedzią, oczywiście.
Inna sprawa: czy z Bogiem czasem nie jest właśnie tak, że można go poznawać niezależnie od tego, czy istnieje? Jeśli postulujemy Boga, bo to jest nam potrzebne do czegośtam - do domknięcia systemu, powiedzmy - to mówimy: jeśli istnieje to jest taki a taki. Z odwrotnej strony: pragnę nieskończoności, nie mogę zaspokoić jej tym i owym, i mówię: Nieskończony musi być czymś Innym - albo moje pragnienie jest najzwyczajniej niezaspokajalne. I tego się z Anzelmem i jemu podobnym pogodzić nie da.
Chyba bełkoczę nieco. Ale co tam. Jeszcze tylko jedna uwaga na marginesie, ugryzając dowód od tyłu (żeby nie rzec: Anzelma): Bóg jest tym, o czym nie można myśleć jako nieistniejącym. Teraz dokonuję przeglądu pojęć w poszukiwaniu takiego czegoś. No i oczywiście mam tylko jedno takie pojęcie: siebie (mnie, jaźń). Bynajmniej nie Boga (już nie wspomnę o osobowym Bogu religii, którego wszak miał Anzelm ostatecznie na myśli).